26 sierpnia 2014

Sól ziemi X

Rozdział 10
Natura więzi zezwala na obelgi

– Oboje mamy cholernie kiepski dzień – zwróciłam się do mojego gościa. – Tak, ty masz gorzej, ale w gruncie rzeczy i tak cię już nic nie obchodzi. A ja muszę się użerać z porywaczami, włamywaczami, zmiennokształtnymi i tobą, martwym. Nie wiem, które najgorsze. 
Chyba zaczynałam odrobinę histeryzować. 
– Mamy tutaj trupa – poinformowałam ściany mieszkania. – Na dodatek jestem głodna, ale jedzenie nad kolesiem przybitym włócznią do drzwi kibla wydaje mi się nieprawidłowe na zbyt wielu poziomach. 
– Możesz się na chwilę zamknąć? 
Nie, to nie był Trupek, nie był to też żaden z moich wewnętrznych głosów; to była Maja. Mocno ściskała palcami skronie i wyglądała na bardzo niezachwyconą
– Mogę – odparłam – ale czuję, że jeśli będę z nim rozmawiać, nawiąże się między nami nić porozumienia i przejdzie mi ochota na wymioty. To nic osobistego, Trupku, nie przejmuj się – dodałam. – Ale warto zauważyć, że ja nigdy nie wymiotuję. Mechanizm obronny i tak dalej. 
Maja odsunęła dłoń od twarzy i zlustrowała mnie spojrzeniem. 
– Jesteś pewna, że niczego nie dotykałaś? 
– Poza kurkami i klamkami. 
– Mam nadzieję, że nawdychałaś się trochę za dużo gazu, bo jeśli teraz okaże się, że jesteś bardziej nienormalna ode mnie... 
– Przestaniemy się kolegować? – wcięłam się. 
Pół-strzyga znów potarła czoło. 
– Dokładnie tak. Wyrwę twój wpis w moim pamiętniczku i spalę bransoletkę przyjaźni. 
– Och. – Zamrugałam. – Nie sądziłam, że jesteś w stanie podjąć tak okrutne kroki. Trupku, popatrz na nią tylko, czy ona ci wygląda na kogoś tak bezwzględnego? – Nie odpowiedział. – Masz rację, nigdy nie wiadomo, co siedzi w człowieku. Mogła się kryć ze swoją prawdziwą naturą przez te wszystkie lata. 
Maja przykucnęła przy ciele i uważnie je obejrzała, ale ręce trzymała przy sobie. 
– Mogę przeczytać, co jest na kartce – powiedziała. 
– Przekaz jest dość jasny nawet bez wiadomości – mruknęłam kąśliwie. 
Nie masz magii – przeczytała – więc jeśli zostawisz tę sprawę, będziesz oszczędzona. Nie jesteś wrogiem. Jeszcze
Zamyśliłam się. 
– Cóż, ja odebrałam to jako odpierdol się, bo ciebie też nadzieję, ale twoja wersja brzmi bardziej do druku. 
– Dobrze, że nie dotykałaś ciała. Są tu zaklęcia, które buchają płomieniem w reakcji na nacisk. Nawet jeśli mieszkanie w znacznej części by ocalało, tobie na pewno by się nie udało. 
– Nie jestem durna – prychnęłam. – Skurwysyn rozbił wszystkie zaklęcia na drzwiach i oczekuje, że będę obmacywać jego prezent? 
– Wielu ludzi podeszłoby i zbadało puls – zauważyła. 
– Nie jestem durna – powtórzyłam. – Przecież ma kawał stali i drewna w klacie, a w czole pinezkę. Mnie by było trochę niewygodnie, gdybym żyła, ale co ja tam wiem. 
Maja wyprostowała się i wstała; przeszła się po mieszkaniu, pochylając się nad niektórymi przedmiotami, jej nozdrza drżały zauważalnie. 
– Żadnych podejrzanych zapachów – podsumowała, ponownie przystając nad trupem. – Zaklęcia ochronne zerwane gładko, zupełnie jakbym zdjęła je osobiście. Ale to niemożliwe – dodała jakby do siebie. – Nawet żywiołaki tego nie potrafią. Zawsze jest ślad, echo. 
– No cóż, najwyraźniej jest możliwe, a mamy przed oczami dowód. – Usiadłam pod drzwiami wejściowymi i przyciągnęłam kolana pod brodę, chociaż nie cierpię tej pozycji. Wtedy... czułam potrzebę siedzenia w ten sposób. Nie podobało mi się, że ktoś niezauważalnie zdjął moje bariery, wszedł do środka i zabił... zostawił... Zawahałam się i zapytałam: – Był zabity tutaj? 
– Nie. 
– To dobrze – szepnęłam, niepewna, czy gdyby mężczyzna zakończył życie w moim mieszkaniu, byłabym w stanie je wciąż zajmować. 
Maja również usadowiła się na podłodze. 
– To oczywista groźba i zarazem próba zabójstwa. 
– Co ty nie powiesz. – Mocniej zacisnęłam ramiona. Czułam się idiotycznie, jak bohaterka taniego romansu przeżywająca w kącie złamane serce, ale nie mogłam się zmusić do wyciągnięcia przed siebie nóg. Ale hej, miałam poważny powód.
– Wiesz, kto to?
Ponownie przyjrzałam się mężczyźnie. Miał szeroką twarz, do której pasowałoby natchnione spojrzenie poety, chociaż – a może właśnie dlatego – była bardzo wymizerowana. Wydawał się dobiegać czterdziestki, ale przerzedzona czupryna i część zmarszczek wyglądały na świeżą sprawę. Średniego wzrostu, był chudy, ale obwisłe fałdy skóry sugerowały, że kilogramy stracił niedawno i to w krótkim czasie. Pewnie przed paroma miesiącami był jednym z tych misiowatych panów, których wspaniały charakter i wesołe usposobienie nadrabiają wszelkie braki (czy raczej nadmiary) w wyglądzie. 
A może wcale nie. Może przypisywałam mu cechy, jakich nigdy nie posiadał, by nie był po prostu kawałem mięsa. 
Był nagi, a znak na jego piersi zdradzał przynależność do nekromantów. 
– Nie mam pojęcia, co to za człowiek – powiedziałam z żalem i niejakim wstydem. 
– Ja chyba wiem – odezwała się Maja – ale nie mam pewności, bo nigdy nie widziałam go na oczy. Skoro to nekromanta z naszego terenu, jest spore prawdopodobieństwo, że to Daniel Promień, jeden z uprowadzonych. 
– Trzeba zatem poinformować frakcję, niech go zabiorą. 
– Jeszcze nie. 
– No to ty go zabierz. – Wzruszyłam ramionami, mimo że wcale nie czułam się nonszalancko. – Nie mam zamiaru trzymać zmarłego dłużej, niż to konieczne. 
Niewątpliwie woń, jaka zdominowałaby mieszkanie, byłaby dużo gorsza niż ta goszcząca w  kamienicy Malwiny. 
No i kurde, no. 
Dobrze powiedziane. 
– To nie takie proste. Najpierw trzeba ściągnąć z niego zaklęcie, a wygląda na dość skomplikowane. I chcę go zbadać osobiście, zanim nekromanci się zjawią, ustalić przyczynę i czas śmierci. 
Oderwałam wzrok od swoich stóp i popatrzyłam na włócznię.
– Przecież powiedziałam, że nie umarł tutaj – zareagowała Maja sucho. 
– No dobra, wierzę – mruknęłam. – Ale dlaczego skorzystali z włóczni? Nie mogli go tak po prostu zostawić? Strasznie to... dramatyczne. 
– Może właśnie o to chodziło, o wyraźny, pompatyczny przekaz. – Najwyraźniej źle czuła się na poziomie gruntu nawet w niemal pustym pokoju, bo wstała i splotła ręce za plecami. – Drzewce całe jest pokryte jakimiś formułami, będę musiała się im bliżej przyjrzeć, ale póki co nie wydają się magiczne. Zaklęcie jest chyba nałożone niezależnie. 
Spędziłyśmy chwilę w ciszy. 
– Myślisz, że powinnam o tym powiedzieć Marcelowi? 
Kolejna minuta upłynęła w milczeniu. 
– Nie widzę przeszkód – powiedziała Maja powoli. – Być może jemu też grożono. Jeśli tak, warto się dowiedzieć, w jaki sposób, bo do jego mieszkania nikt martwego nie podrzuci. 
– Dlaczego nie? Taki... – musiałam odchrząknąć. – Taki nadpsuty podarek byłby bombą dla jego węchu. No i zmienni nie znoszą brudu. 
– Ukrywa swoją lokalizację. Usiłowałam się tego dowiedzieć, ale moje próby spełzły na niczym. – Wyglądała na szczerze niezadowoloną. – Równie dobrze może nie mieć własnego domu i wykorzystywać siedzibę zmiennych w tym charakterze. Mają tam wszystko, czego potrzeba, a w razie kłopotów zawsze byłby na miejscu. 
Wątpiłam, by Marcel zdecydował się na dzielenie przestrzeni prywatnej, nieważne, jak mocno był zżyty ze stadem. Ale kim ja byłam, by oceniać jego upodobania i charakter? 
Niepokoiła mnie jedna rzecz – w liściku nic nie było wspomniane o Beacie. Co to oznaczało? Nie wiedzieli, że byłyśmy tak blisko spokrewnione? Wydawało się to nieprawdopodobne – choćby dlatego, że nosiłyśmy takie samo nazwisko. Może nie widzieli potrzeby pisania o niej, może groźby dotyczące jej osoby zachowali na następny raz, jeśli pierwsza próba by mnie nie zniechęciła do śledztwa. Albo nie wyeliminowała od razu. 
– Pojadę do twojej rodziny i upewnię się, że zaklęcia są odpowiednie – obiecała Maja. – I jeśli się zgodzą, postawię jakiegoś Renegata na czatach. 
– Dziękuję. I mieszkanie Marka też sprawdź, dobrze? 
– Myślę, że on jest w stanie poradzić sobie sam w każdej sytuacji. 
– Niemniej... 
Skinęła głową. 
– To może być głupie pytanie – powiedziała – ale muszę je zadać. Zamierzasz się wycofać? 
Nie wahałam się. 
– Nie. – Słowo spłynęło twardo z moich ust. Szok już mijał i wtedy właśnie zaczął się budzić we mnie żal i gniew. Porwani nie byli grupą anonimowych, obcych mi osób, wśród których znajdowała się moja biedna bratanica – martwy człowiek w moim mieszkaniu był ich reprezentantem, ambasadorem, który pustym wzrokiem żądał sprawiedliwości i ukarania winnych. – Nawet nie zwolnię. 
Coś jak lekki uśmiech przemknęło przez twarz Mai. 
– Tego się spodziewałam. Nie muszę ci chyba mówić, żebyś była ostrożna? 
– Zawsze jestem. – Podniosłam się, złapałam za pasek torby i zaniosłam ją do kuchni, by wymienić jej wyposażenie. Teraz potrzebowałam innych zabawek. Może i moje źródełko magii nigdy nie tryskało obficie, ale miałam dobre oko i szybkie dłonie.
Zaś większość magicznych nie spodziewała się kulki. Choćby dlatego, że w Polsce niespecjalnie dużo obywateli posiadało broń palną, a ja, cóż, byłam niechlubnym wyjątkiem. 
– Kiedy do ciebie zadzwoniłam, nie minęło nawet pięć minut – zauważyłam. Droga od mojego mieszkania do kwatery Mai zajmowała dużo więcej czasu, chyba że mknęło się setką po opustoszałych ulicach, a to nigdy nie miało miejsca w tym mieście. – Jechałaś do mnie? 
– Tak. Wiem, że to ci się nie spodoba, ale umówiłam nas na spotkanie z Feliksem. 
Westchnęłam. 
– Spodziewałam się tego. Sama przecież o nim wspomniałam. 
– On i jego kontakty są naszą jedyną opcją na znalezienie zaklęcia pamięci. 
– Wiem. Nie podoba mi się to, ale zdaję sobie sprawę, że Cieśla jest rozwiązaniem. 
– Może uda znaleźć mu się coś, co podrobi zapach Cyrusa, a nie będzie wykrywalne przez zmiennych – dodała. 
– Same profity. 
– Nie tylko ty masz zastrzeżenia co do widzenia się z nim – powiedziała Maja ostro. 
– Wiem! – powtórzyłam. – Po prostu... jestem w kropce. Nie chcę... wspierać jego działań, a przecież to właśnie zrobimy. Zlecając mu poszukiwania, płacąc.
– Ja również wolałabym tego uniknąć, ale nie mamy innej opcji. Chyba że zdecydujesz się zaryzykować. 
Zmroziło mi krew. 
– No właśnie – mruknęła Maja. 
Z przepakowaną torbą opuściłam kuchnię i razem zeszłyśmy do samochodu Mai; wykonała szybki telefon, zanim ruszyłyśmy. 
– Jeśli dobrze pójdzie, po powrocie jedyne, co zostanie po nieproszonym gościu, to dziura w drzwiach. 
Skinęłam głową, bo co miałam odpowiedzieć? 
Jechałyśmy w milczeniu, żadna z nas nie miała ochoty na pogaduszki. Ja byłam pogrążona w niewesołych wspomnieniach, a Maja... rzadko kiedy czuła potrzebę zagłuszania ciszy. 
Feliks chciał spotkać się w centrum miasta; zastanawiałam się, czy było mu tak wygodniej, czy przestał nam ufać na tyle, że wolał mieć zabezpieczenie w postaci niewinnych świadków. Ja straciłam resztki zaufania sześć lat temu, ale Cieśla nigdy nie miał powodu, by w nas wątpić. Zwłaszcza, że nikt postronny nigdy nie dowiedział się o jego... zainteresowaniach. 
Nie widzieliśmy się od dobrych kilku lat, ale i tak zauważyłam go z daleka. Cholera jasna, niegdyś byliśmy przyjaciółmi i spora część mnie wciąż za nim tęskniła, chociaż ten idiota wszystko zepsuł. 
Maja dotknęła mojego ramienia. 
– Powiedział, że skoro ta sprawa dotyczy ciebie, to masz podejść sama – wyznała napiętym głosem. 
– Kretyn – warknęłam, dając upust swoim myślom, ale ruszyłam samotnie w kierunku znajomej postaci. Siedział rozluźniony na ławce, nieobecnym wzrokiem wodząc po fontannie, w której radośnie bawiły się dzieciaki i niewielka grupa nastolatków. Rozkładał i składał okulary przeciwsłoneczne, ale nie przypuszczałam, by zdawał sobie sprawę z tego ruchu. Tak bardzo znany gest...
Zawsze, gdy o nim myślałam, miałam przed oczami mrocznego mężczyznę w długim, czarnym płaszczu i bladej twarzy skrytej w cieniu kaptura, spod którego wymykały się ciemne kosmyki. W rzeczywistości Feliks mrużył oczy przed późnopopołudniowym, choć wciąż rażącym słońcem; był opalony, jakby dużo czasu spędzał na pracy fizycznej na zewnątrz. Krótkie włosy w kolorze piasku miał ułożone w modną, swobodą fryzurę, zaś ubrał się ze smakiem, jakiego mogłam mu tylko pozazdrościć – koszulka w kolorze cappuccino zgrywała się z kremowymi bermudami i szarymi butami, a jedynym czarnym elementem jego stroju były skarpetki. 
Wiedziałam, że tęczówki ma błękitne, w barwie, która przywodziła na myśl niebo i wzbudzała całą masę pozytywnych uczuć, a do bólu słowiańskie rysy szpeciła poszarpana blizna, ściągająca w dół jeden kącik ust – pamiątka po brawurowej jeździe na rowerze. Szpeciła i nie szpeciła – jego krzywy, radosny uśmiech sprawiał, że wyglądał dziesięć razy lepiej, jak psotny chłopiec, który właśnie coś przeskrobał. 
Ponadto był nekromantą, intensywnie działał na czarnym rynku i uprawiał zakazaną magię. 
Usiadłam obok niego; nie wydawał się zwrócić na mnie najmniejszej uwagi, ale jego ręce się zatrzymały. 
– Cześć – odezwał się po chwili. 
– Cześć – zrewanżowałam się spokojnie, chociaż miałam ochotę walnąć go w głowę, znowu, i wywrzeszczeć cały mój żal, znowu. I nic by to nie dało. Znowu. – Dlaczego Maja nie może podejść? 
– Doskonale wiesz, że mnie rozprasza. 
No tak. 
– Nie musisz być maksymalnie skupiony przy tej rozmowie. 
Odwrócił twarz od fontanny i popatrzył na mnie. 
– Pozwól, że pozostawię to własnej ocenie. 
Krzyżowaliśmy spojrzenia, aż wreszcie Feliks powiedział zaskakująco łagodnie: 
– Nie mam zbyt wiele czasu, Rita. To spotkanie będzie krótkie, więc mów, czego chcesz. 
Igła wbiła się w moje serce, a potem w głowę. Tak, zabolało mnie, że tak łatwo i szybko chciał się rozejść. Ale czego ja się spodziewałam? Ręki na zgodę? 
Odchrząknęłam najpierw. 
– Potrzebuję dwóch zaklęć. 
– Tyle byłem w stanie się domyślić. 
– Jedno musi tak podrabiać zapach, by był nie do odróżnienia do oryginału i zarazem by żaden zmiennokształtny się nie zorientował. 
Ponownie odwrócił się do rozradowanego, pluskającego się towarzystwa. 
– Trudne. Być może niemożliwe, ich ciężko oszukać. – Miałam szczerą nadzieję, że się myli. – Na pewno nie będzie tanie, zatem już zacznij odkładać kasę. 
– Mam na to pieniądze. 
Wzruszył ramionami. 
– A drugie? 
– Zaklęcie pamięci. 
Bomba spadła, bum, wybuchła. 
– Zastanawiam się, czy chcę wiedzieć, w co się wpakowałaś – powiedział powoli, kiedy już przetrawił moje żądanie. Miałam ochotę odpowiedzieć coś bardzo niemiłego, ale ograniczyłam się do pytania:
– Wiesz, że nie masz już dłużej prawa, żeby się interesować moimi działaniami? 
– Nie przeszkadza mi to. – Wyprostował się, poprawił na ławce. – Jeśli będę chciał, i tak się dowiem. 
Nie, nie dowiesz się, ale nie było potrzeby wyprowadzania go z błędu. Niemniej... postanowiłam coś mu rzucić. 
– Myślę, że starczy ci za wyjaśnienie, że moja bratanica jest jedną z porwanych i jestem gotowa zrobić wszystko, żeby ją odzyskać całą i zdrową. 
Kiedy nasze drogi się rozeszły, Beaty na świecie jeszcze nie było, ale Feliks zwykł mawiać, że mam lekką obsesję na punkcie swojej rodziny. Może to była prawda, a może mówił tak, bo sam nigdy nie był w za dobrej komitywie z własną i moje przywiązanie wydawało mu się dziwne. 
Chyba przypomniało mu się to samo, ponieważ uśmiechnął się szeroko, jego oczy zabłysły. 
– Wygląda na to, że tajemniczy oprawcy zadarli nie z tą, co potrzeba. 
– Nie widzę w tej sytuacji nic zabawnego – powiedziałam zimno. 
– Ja tak, ale nie będę cię przekonywać. – Założył okulary na głowę, ale nie opuścił ich na oczy. Zastanawiałam się, czy zastosował się do starej, naprawdę starej prośby, by nie nosił ciemnych szkieł w mojej obecności – nie znosiłam tego, nie mogłam wówczas czytać z twarzy rozmówcy. – Zaklęcie pamięci, powiadasz? 
– Powiadam. 
– Zdajesz sobie sprawę, jakie mogą być konsekwencje z użycia go? 
Wstrząsnął mną dreszcz, co najwyraźniej wystarczyło za odpowiedź. 
– Jesteś głupia.
– Zdeterminowana. 
– Po prostu szalona. – Pokręcił głową. – Dobrze, znajdę ci to zaklęcie, ale jeśli nie uda mi się przed pełnią, szczerze wątpię, byś była w stanie je nałożyć. 
– Wiem o tym. – Wciąż nie byłam pewna, czy odważę się na ponowne położenie się w uroczysku, ale musiałam mieć wybór. – Po prostu znajdź je najszybciej, jak to tylko możliwe. 
– To będzie kosztować – ostrzegł. 
Wykrzywiłam się w grymasie, który tylko psychopacie mógłby wydać się uśmiechem. 
– O tym też wiem. 
Dobrze, że nigdy nie zależało mi na pieniądzach. A Feliksowi owszem. 
~*~
Rzeczywiście, gdy wróciłam do domu, Daniela Promienia już nie było, a o jego obecności świadczyła tylko dziura po ostrzu włóczni. Nikt mnie nie odwiedzał, więc nie zawracałam sobie głowy zasłanianiem jej; wzięłam prysznic i zwaliłam się do łóżka, uprzednio zjadłszy kolację, która wreszcie uciszyła burczący żołądek. 
Obudziłam się i w pierwszej chwili sądziłam, że niebiosa łaskawie postanowiły zesłać pierwszy w tym miesiącu deszcz – ale nie, po prostu było tak wcześnie, że panowała szarówka. Ponownie się wykąpałam, ubrałam i nagotowałam żarcia na następne dwa dni. Zanim skończyłam, nastała jakaś rozsądniejsza godzina, zatem pojechałam do Marka. Musiałam – chciałam z nim pogadać. 
Nie zawracałam sobie głowy jazdą do jego mieszkania, zazwyczaj większość czasu spędzał w pracowni, szczególnie poranki. Z ulicy budynek wyglądał dość niepozornie, ale wiedziałam, że w środku działa się magia, z braku lepszego określenia. 
Marek i jego współpracownicy przekuwali fajtłapów w doskonałych szermierzy. Czy to nie czary?
Recepcjonistka posłała mi uśmiech, gdy tylko przekroczyłam próg. Nie znałyśmy się za dobrze, ale wiedziała doskonale, że jestem siostrą ich najszybciej rozwijającego się fechtmistrza, a to wystarczyło, by cały personel odnosił się do mnie z respektem. Na który raczej nie zasługiwałam, bo wojownik był ze mnie żaden, ale miło było czuć się docenioną. 
– Marek ma teraz lekcję, ale myślę, że możesz usiąść z boku i poczekać – powiedziała. 
– Dzięki. – Podążyłam do jego sali. Była spora, aby można było przez obaw ćwiczyć najbardziej zamaszyste ciosy i kroki. Część podłogi pokrywała zielona mata, zaś na panelach stał stół, kilka krzeseł i stojak z szablami. 
Uczennica Marka wyglądała na jakieś czternaście lat; była szczupła i wysoka, pod skórą malowały się wyraźne zarysowane mięśnie. Musiała ćwiczyć od małego, bo poruszała się z gracją i pewnością należną tylko wieloletnim treningom. Była dobra, bardzo dobra, ale wciąż nie mogła nadążyć za moim bratem. 
Marek miał naturalny talent do szabli i przewagę doświadczenia. Zwodził ją tak drobnymi gestami, że nie miała żadnych szans; całym ciałem wykonywał skomplikowany taniec, którego kroków nie dało się w żaden spokój przewidzieć, a na jego twarzy malował się spokój. Wydawało się, że nie zauważył mojego wejścia, ale wiedziałam, że gdy ma broń w ręku, nic nie umyka jego uwadze. 
Postawiłam torbę w kącie salki i, obserwując ścierającą się parę kątem oka, przebrałam się w dres i zaczęłam rozciąganie. Nie miałam najmniejszych szans na wygraną, ale lubiłam od czasu do czasu skrzyżować ostrza – ruch to dobra rzecz. 
Najwidoczniej wybrałam dobrą chwilę, bo akurat gdy skończyłam sesję, walczący zwolnili i oderwali się od siebie. Dziewczyna ukłoniła się i w milczeniu opuściła salkę, rzuciwszy mi zaciekawione spojrzenie. Grzywka lepiła się do jej czoła, a po czerwonej twarzy spływał pot; natomiast Marek wyglądał, jakby właśnie skończył relaksujący spacerek. 
– Ma problem z prawidłowym oddechem – odezwał się, gdy zostaliśmy sami. – Przez to za szybko się męczy. 
– Przynajmniej w ogóle oddycha. – Przypatrzyłam się szablom zawieszonym na ścianie. 
– Spróbuj pierwszą od lewej, na dole – poradził Marek. – Jest nowa. 
– Nie przyszłam tylko powalczyć. – Postąpiłam zgodnie z jego zaleceniem i machnęłam bronią na próbę. 
– Nigdy nie przychodzisz, żeby tylko powalczyć. – Gestem zaprosił mnie na matę, zatem zrzuciłam buty i stanęłam naprzeciw. – Zresztą, gdyby to był jedyny cel, twoje wizyty byłyby bardzo krótkie, dzieciaku. 
Uśmiechnęłam się do niego. 
– Nie da się ukryć. 
Walczyliśmy jakieś dwie minuty, zanim Marek litościwie odpuścił i po prostu wytrącił mi broń z ręki, ale te sto dwadzieścia sekund wystarczyło, bym oparła dłonie o kolana i rozpaczliwie łapała oddech. 
– Boże drogi – powiedział z niesmakiem mieszającym się z rozbawieniem. – Siostra, naprawdę powinnaś więcej ćwiczyć. Bycie chudym nie równa się dobrej kondycji.
– Mogłabym cię teraz zastrzelić – wykrztusiłam. Co prawda zostawiłam pistolet w torbie, ale mogłabym. – Nawet ty nie jesteś szybszy od pocisku. 
Sięgnął po szmatkę do czyszczenia i powoli przesuwał nią po klindze. Jego ukochany Striker.
– Nosisz teraz spluwy przy sobie? 
– Mam do ciebie prośbę. – Nieudolnie wywinęłam się od odpowiedzi, po prostu ignorując pytanie. Uspokoiłam oddech i ponownie podniosłam szablę, ale nie atakowałam; lekko, machinalnie nią kręciłam. – Czy mógłbyś... mógłbyś przenieść się do Huberta? 
Jego ręka znieruchomiała, ale zaraz podjął przerwaną czynność. 
– Już to zrobiłem. 
– Och. – Tym razem to ja zamarłam. 
– Nie chcę wzbudzać w tobie poczucia winy, ale sądzę, że byłoby dobrze, gdybyś się pokazała – powiedział łagodnie. – Minęły trzy dni. Nie wiem, kto bardziej potrzebuje wsparcia, Marysia, Hubert, czy mama. A może Kamil. 
– Nie mogę – szepnęłam. Zmarszczył brwi. 
– Nie wydur... – urwał i przyjrzał mi się uważnie. – Czy to ma związek z twoimi pistoletami? 
Odchrząknęłam. 
– Chyba byłoby lepiej, gdybyś na jakiś czas odwołał wszystkie zajęcia. Pilnuj ich, dobrze? To naprawdę ważne. 
Rzucił szmatkę w kąt pomieszczenia. 
– A kto przypilnuje ciebie? 
– Ja dam sobie radę. 
Zaczął się do mnie zbliżać, stawiając lekkie kroki i zataczając spiralę, która miała się ostatecznie zamknąć tuż przede mną. 
– Co się dzieje? 
–  Martwię się o swoją rodzinę. – Uniosłam czubek ostrza nieco wyżej i zaczęłam Marka uważnie obserwować, odwracając się, by być do niego zwrócona twarzą. 
– Ja też – odparł. – Najlepiej byłoby, gdybyśmy trzymali się teraz wszyscy razem. A ty nie dałaś znaku życia od poniedziałku. 
– Hubert poprosił mnie, żebym przez Maję coś zdziałała w Kolegium, zatem działam. 
– Co się dzieje? – powtórzył. 
Nie odpuści. Był moim starszym bratem; czułam jakiś wewnętrzny, dziecięcy przymus, który kazał mi wszystko wyśpiewać – bo starszy, najstarszy brat miał tajemnicze moce, dzięki którym zawsze wiedział. 
Przełknęłam niepewnie ślinę i powiedziałam szybko: 
– Zaangażowałam się w to. Jestem teraz śledczym i mam udawać Cyrusa Szymczaka. 
Nawet się nie potknął, tylko dalej mnie okrążał, co nie poprawiło mi samopoczucia. 
– A wczoraj znalazłam w swoim mieszkaniu trupa – dodałam. 
Ledwo zarejestrowałam jego ruch; bez żadnego ostrzeżenia skoczył niczym pantera, pokonując dystans między nami w ułamek sekundy, błyskawicznym gestem wytrącił mi szablę z ręki, chwycił mnie za koszulkę i szarpnął do siebie. 
– Uff! – Moje westchnienie zlało się z donośnym brzdękiem, z jakim ostrze spotkało się z podłogą. 
Marek był ode mnie wyższy, ale pochylał się tak, że jego szare oczy taksowały mnie z odległości dwudziestu centymetrów. Miał minę, którą znałam aż za dobrze – taką samą zawsze miał tata, gdy coś przeskrobaliśmy. Moje serce ścisnęło się boleśnie, sama nie wiedziałam, czy z tęsknoty i smutku, czy niepokoju. 
Marek rzadko się denerwował. 
– Wyjaśnij mi to – zażądał. 
– A co tu jest do wyjaśniania? 
– Nie wkurwiaj mnie, siostro. – Musiałam zrobić jeszcze większego zeza, żeby widzieć go wyraźnie. – Miałaś poprosić Maję, żeby coś zdziałała, nie pakować się w to. 
– Nie mogę siedzieć bezczynnie! 
– Zatem chcesz, żebyśmy stracili także ciebie?! – wrzasnął. 
– Beci nic nie jest! – krzyknęłam i wyrwałam się z jego uścisku. – Żmijak i Raczkowski absolutnie nic nie robili, żeby wyjaśnić tę sprawę, więc sama się za to zabrałam, a oni zniknęli zaraz po tym! Miałam siedzieć na dupsku? 
– A znasz się na tym? W ogóle wiesz, gdzie szukać i jak szukać? Wpakowałaś się w coś, o czym nie masz żadnego pojęcia, kretynko! 
Nabrałam powietrza, starając się nie dać ponieść emocjom; złość i ból wpychały mi do głowy słowa, których nie chciałam wypowiadać. 
– Marek, kto z nas ma pojęcie, co robić w takiej sytuacji? Umiemy tylko czarować. 
Zamknął oczy, mocno potarł czoło. 
– Strażnica powinna się tym zajmować. 
– Powinna – przyznałam. – Ale nie robi tego. Przerzucili na nas odpowiedzialność w zasadzie bez żadnego problemu. Mam wrażenie, że nawet z radością. 
Podniósł głowę. 
– Na nas? 
– Ja... pracuję ze zmiennokształtnym. Nazywa się Marcel Rysiński. 
– Beta? 
Najwidoczniej Marek miał o wiele lepsze rozeznanie w strukturach innych frakcji, bo zareagował natychmiast. Skinęłam tylko głową. 
– Aha! Jedna sprawa. – Odłożył szablę, ale nie odwrócił się do mnie z powrotem. – Co masz na myśli przez udawanie Cyrusa Szymczaka
Cholera, przemknęło mi przez głowę.
– A co mogę mieć? – mruknęłam. 
Obserwowałam, jak się wyprostował, powoli nabierając powietrza. 
– Masz podszywać się pod alfę wszystkich zmiennokształtnych naszego regionu? 
Darowałam sobie odpowiedź. 
– Dlaczego? – Brzmiał niebezpiecznie spokojnie. Nie widziałam jego twarzy, ale mogłam się domyślić, jaką ma minę. Przyciągnęłam sobie stołek i ciężko na nim usiadłam, przerzucając w głowie wydarzenia ostatnich dni. Tak wiele się działo... Miałam wrażenie, że minęło znacznie więcej czasu. 
– On też został porwany. 
– To niczego nie tłumaczy – powiedział, ale słyszałam nutę wahania w jego głosie. 
– To była prośba Mai. Na którą na początku się nie zgodziłam.
– Dlaczego w ogóle cię o to pytała? – wycedził. – Myślałem, że zdaje sobie sprawę... 
– Złe rzeczy by się działy, gdyby zmienni zorientowali się, że ich przywódca zniknął – przerwałam mu. – I objęłoby to nie tylko ich społeczność. Uznałam, że wolę zaryzykować niż pozwolić, żeby ktokolwiek bardziej skupiał się na uspokojeniu konfliktu niż odnalezieniu ofiar. Uniknięcie setek ofiar też wydaje się dobrym powodem. 
Poza tym... od początku byłam niechętna i bałam się, tak, ale w głębi duszy cieszyłam się, że po raz pierwszy miałam okazję wykorzystania niechwalebnych umiejętności do zrobienia czegoś dobrego. Zapobiegnięcie masowym mordom zdecydowanie wyglądało na coś pozytywnego, nawet jeśli tylko garstka ludzi miała wiedzieć o moim udziale. 
A ta cała sprawa stała się przecież bardzo osobista. 
Zwrócił się wreszcie do mnie; taksował mnie wzrokiem, jakby nie wiedział, co ze mną zrobić – zlać czy przytulić. 
– Czyli pracujesz dla Mai? Co ona ma wspólnego ze zmiennymi? 
– Nie dla niej. – Chociaż bez jej udziału w nic bym się zapewne nie zaangażowała, nie miałabym szansy. – Jestem łączniczką między Bartoszem a Jakubem i Marcelem. To oni go zatrudniają. 
Marek nachmurzył się jeszcze bardziej. 
– Znowu ten Bartosz. 
Wzruszyłam ramionami. 
– Nie zwariowałam jeszcze na tyle, żeby dawać się na tacy. Wolę używać zmyślonej tożsamości. – Wolałam nie wspominać, że Marcel prawdopodobnie miał mokre sny na temat wyeliminowania zagrożenia, jakie stwarzałam. 
– Nie o to chodzi – westchnął, ale nie palił się do tłumaczenia. W trzech długim krokach podszedł bliżej, podniósł mnie z krzesła i objął, mocno przyciskając do siebie. Oparłam głowę o jego ramię, od razu czując się bezpieczniej, spokojniej. 
– Nie chcę stracić ani bratanicy, ani siostry – powiedział cicho w moje włosy. 
– Też tego nie chcę – wymamrotałam. 
Staliśmy tak dłuższą chwilę. 
– Jeśli potrzebujesz pomocy, tylko daj znać – odezwał się. 
– W zasadzie to by się przydała. – Odsunęliśmy się od siebie, ale pozostaliśmy na wyciągnięcie ręki. – Jestem pewna, że Maja usiłuje się czegoś dowiedzieć, ale ty znasz ludzi, do których ona nie ma dostępu. Chciałabym, żebyś spróbował znaleźć informacje o Marcelu Rysińskim. 
– Czemu on cię interesuje? 
– Pracujemy teraz razem, więc chciałabym wiedzieć, na czym stoję. A Patrycja... niezmienna z Renegatów... bardzo dziwnie na niego zareagowała. 
Zmarszczył brwi. 
– Dziwnie, czyli jak? 
– Bała się go, ale nie była w stanie – a może nie chciała – powiedzieć, dlaczego. – Były to złe słowa na określenie terroru, jaki był w oczach dziewczyny, ale nie chciałam się w to zagłębiać. – Cokolwiek się działo, minęło wiele lat. Minimum dziesięć. Dobrze by było, gdybyś dyskretnie poszukał jakichś informacji. Dyskretnie – powtórzyłam z naciskiem. 
– Nie ucz ojca dzieci robić – burknął. 
Zignorowałam jego uwagę. 
– Głupio mi pytać – powiedziałam z wahaniem – ale wygląda na to, że będę potrzebowała pożyczki. Na jakieś dziesięć tysięcy. Oddam, gdy tylko mi zapłacą – dopowiedziałam szybko. 
Przymknął oczy, pokręcił głową. 
– Dostaniesz te pieniądze, siostrzyczko. Ale powiedz mi, skąd pewność, że Moler i Rysińki dadzą ci kasę? 
– Podpisaliśmy Pakt – przyznałam. 
Przyglądał mi się w zamyśleniu. 
– Mama cię zabije – skomentował. Skrzywiłam się. 
– Nie, jeśli się nie dowie. Musiałam to zrobić, zrozum, żeby się ochronić. Zapewnia mi całkowitą amnestię, nietykalność ze strony zmiennokształtn... 
– Powinien zapewnić – wciął się, wypowiadając na głos mój lęk. 
– Jest tak prosty i jasny, jak to tylko możliwe. – A jednak ciążył mi, leżał twardą, ciężką kulą w moich wnętrznościach, nić ciągnęła się w przestrzeń i znikała; smycz, która mogła zacisnąć się na mojej szyi odrobinę za mocno. Starałam się o tym nie myśleć. 
Inna rzecz zajmowała moją głowę. Przez trzy dni nie pokazałam się rodzinie na oczy, chociaż powinniśmy trzymać się razem, chociaż powinnam być tam i wspierać Huberta i Marysię. Chociaż powinnam zamartwiać się razem z nimi. 
Nie, powiedziałam sobie twardo, muszę działać
Ale poczucie winy miałam. 
– Jak się wszyscy czują? 
Oczy Marka znów zasnuł cień. 
– Na pewno chcesz wiedzieć? 
– Tak. 
– Marysia nadal jest w szpitalu. Stan jej i dziecka jest stabilny, ale trzymają ich pod stałą obserwacją, bo wpadła w jakieś dziwne otępienie. Hubert rozsadził każdy metal w domu i chyba nawet tego nie zauważył, na początku stał i tylko gapił się na dziurę. Potem się ocknął i zajmuje się teraz Kamilem, który trochę mniej płacze, ale nadal trudno go uspokoić. 
– Wie, że dzieje się coś złego – szepnęłam. 
– Tak. – Milczał chwilę. – A mama... Mama zachowuje się normalnie. 
– Co? – Zamrugałam oczami. 
– Zachowuje się normalnie – powtórzył. – I to mnie najbardziej przeraża. 
– Chyba powinnam... 
Uniósł rękę. 
– Tak, powinnaś przyjść – wypowiedział moje myśli. – Ale zrób to, kiedy... kiedy będziesz gotowa. Dam im znać, że robisz wszystko, co w twojej mocy, żeby odnaleźć Beatę. Bez szczegółów – wyprzedził mnie. 
– Dziękuję. 
– Po prostu... nie daj się zabić, Rita. Nie jestem ze stali – powiedział cicho, bardziej do siebie niż do mnie. Chwyciłam jego rękę i mocno ścisnęłam. 
Nie jestem ze stali.
Ta niewesoła myśl dźwięczała mi w głowie, kiedy ponownie spotkałam się z Marcelem. Mieliśmy porozmawiać z Jarminą, wiedźmą zarządzającą całą frakcją – czy raczej sabatem, bo tak brzmiała właściwa nazwa. Jej prawnukowie – a może praprawnukowie, chyba nikt nie znał prawdziwego wieku Jarminy – byli ofiarami porwań. 
Karol Jarolski miał niechlubny zaszczyt piastowania stanowiska pierwszej znanej ofiary porwań; świadkami była sama Jarmina oraz jego siostra, Katarzyna, którą podobny los spotkał trzy miesiące później. I to właśnie Katarzyna okazałą się kobietą z wadą serca, o której wcześniej mówił i wątpił w szanse przeżycia Marcel. 
Zastanawiałam się, czy naczelna wiedźma zdawała sobie sprawę, że może stracić oboje potomków – jedynych, jakich miała. Jeśli rzeczywiście to wszystko miało być polityczną zagrywką, cios byłby wyjątkowo celny. 
Siedziba sabatu nie różniła się specjalnie od otaczających ją budynków – rozsypująca się, dwupiętrowa rudera, która niegdyś musiała pełnić jakąś istotną funkcję publiczną albo należała do bogatej rodziny, bo tu i tam widoczne były przebłyski dawnej świetności. Teraz jednak ze ścian, których jeszcze nie porósł bluszcz, osypywał się tynk, strasząc widokiem starych cegieł. Szyby były wszystkie, choć brudne, ale stan okiennic nasuwał myśli o morderczych przeciągach. Kamienne schodki przed drewnianymi drzwiami były wgłębione na środku, wyślizgane tysiącami butów – musiały być śmiertelnym zagrożeniem w czasie deszczów i mrozów. 
Okolica wyglądała mało zachęcająco. 
Jednak trudno mi było uwierzyć, że wiedźmy pracowałyby w miejscu takim jak to, zatem tylko trochę się zdziwiłam, kiedy czar prysł. Marcel zapukał; otworzyła zmęczona kobieta w dresie, dając nam szybkie spojrzenie na obskurną klatkę schodową. Rozpoznanie błysnęło w jej oku, uniosła dłoń i wykonała nią szybki gest. 
I nagle staliśmy przed zadbanym, nowiutkim budynkiem, przy ścianach którego jak bańka mydlana drżało zaklęcie kamuflażu, a do korytarza, z którego aż krzyczało jakością i smakiem, zapraszała nas jednocześnie elegancka i seksowna dziewczyna w fantastycznej garsonce i butach na dwunastocentymetrowym obcasie. 
Naprawdę tylko trochę się zdziwiłam. Odrobinę. 
– Witam w siedzibie sabatu! – Posłała nam uśmiech, który swoim blaskiem mógłby oślepić, gdyby letnie słońce mniej skutecznie wypalało gałki oczne. – Proszę stanąć w tym kwadracie. – Wskazała na kilka jaśniejszych płytek. – To standardowa procedura. 
– Co robi? – zapytał Marcel, ale zaskakująco posłusznie ustawił się w odpowiednim miejscu. Być może zdziałały to niesamowite biodra kamerdynera, a może biust, na którym bluzka ledwo się dopinała. Kto wie. Szybko ustawiłam się obok niego. 
– Upewniamy się, czy goście nie mają przy sobie niczego, co mogłoby źle zareagować z naszymi zaklęciami. – Kolejny uśmiech. – Ten dom jest pełen czarów. 
Tak, to było wyczuwalne. Czułam mrowienie intensywniejsze nawet niż w dzielnicy nekromantów, chociaż na zewnątrz panował całkowity spokój. Igiełki na skórze zakłuły nieco mocniej, kiedy płytki pod naszymi stopami zalśniły. Dziewczyna skinęła głową i zaprowadziła nas do saloniku, w którym mieliśmy poczekać, aż przyjdzie Jarmina. 
Nie spodobało się to Marcelowi – jego mina mówiła to wyraźnie – ale przewodniczka szybko powiedziała: 
– Proszę zrozumieć... – Miała tak żałosną i zarazem przepraszającą minę, że zaczęłam się zastanawiać, czy nie ćwiczyła jej przed lustrem. – Wiedźma naczelna jest już starą kobietą, przeżyła ostatnio dwie wielkie straty i ponadto została ranna podczas drugiego ataku. 
– Poczekamy, proszę się nie martwić – odpowiedziałam zamiast Marcela. – Ale zależy nam na czasie. Mamy jeszcze wiele do zrobienia. 
– Oczywiście. – Ukłoniła z szacunkiem głowę, chociaż musiała być niewiele młodsza ode mnie. – Jestem pewna, że pani Jarmina zjawi się najszybciej, jak to tylko możliwe. Na razie proszę się rozgościć. 
Po czym czmychnęła z pokoju. 
A jak coś zniszczymy? 
Rozejrzałam się wokół siebie; ów salonik dla gości prezentował się lepiej niż wszystkie poczekalnie razem wzięte, w jakich miałam okazję bywać. Urządzony w stylu, który wyglądał na połączenie nowoczesnej prostoty z staroświecką wygodą. Nie było tu oczywiście żadnych sprzętów elektronicznych, ale miałam wrażenie, że taki telewizor, nawet najlepszej firmy i najnowszej generacji, tylko zepsułby efekt. Idealne połączenie różnych odcieni zieleni niosło skojarzenie lasu w słoneczny dzień; zdawało się, że w powietrzu unosi się zapach ziemi i drzew, a z góry padają ciepłe promienie słońca. Obraz psuło nieco okno – wychodziło na obskurną ulicę, ale nie przeszkadzało aż tak bardzo, jak można by tego oczekiwać. 
Na niskim stoliku, otoczonym fotelami, stał talerz pełen mufinek oraz dwa czajniczki – jeden z herbatą, zaś drugi z kawą, jak oceniłam. Mieszanka zapachów tych napojów i świeżego ciasta zaatakowała moje receptory węchowe. 
– Wiedźmy nie mają podobnych praw, co żywiołaki, prawda? – rzuciłam w przestrzeń, ale nie poczekałam na odpowiedź – cholera jasna, dostrzegłam w kilku ciastkach kawałki czekolady i moja ręka jakby niezależnie od woli podążyła do talerza. 
– Nie – powiedział Marcel, kiedy już i tak miałam pełne usta. 
Mmm. Powoli przeżułam, przełknęłam i zachęciłam go: 
– Spróbuj ich koniecznie. – Kolejny kęs. – Chyba właśnie miałam orgazm smakowy. 
Znowu obdarzył mnie spojrzeniem, którego nie umiałam zinterpretować. Nie skorzystał z mojej porady. No cóż, więcej dla mnie. Nalał sobie kawy i stanął przy oknie, stawiając kubek na parapecie. Z boku wyglądał na mężczyznę pogrążonego we własnych myślach, ale widziałam jego czujny, błądzący tu i tam wzrok. 
– Nie czułem tego kamuflażu – odezwał się nagle Marcel. – A powinienem był. 
Ja też nie, ale przecież to o niczym nie świadczyło, nie byłam przecież specjalnie wrażliwa. Zaś on jako zmiennokształtny zdecydowanie powinien, szczególnie tak skomplikowane zaklęcie; co więcej, powinien być w stanie je bez problemu przejrzeć, nie tylko wyczuć, a jego wypowiedź sugerowała coś zupełnie przeciwnego. Zamarłam z zębami częściowo wbitymi w brzeg mufinki. 
Cofnęłam wargi od ciasta, ale nic nie powiedziałam. 
– Nie zastanawia cię to? 
Zastanawiało, ale raczej nie w kontekście, który miał na myśli. Miałam przecież niezbity dowód, że jest możliwe ukrycie czaru przed zmiennymi, nawet tak złożonego. Starając się nie pokazać po sobie ulgi i ekscytacji, odparłam: 
– Cóż, najwidoczniej wiedźmy są naprawdę dobre w swoim fachu. 
– Miałaś już z nimi bliższy kontakt? 
Pokręciłam głową, ale przecież stał tyłem, zatem szybko dodałam:
– Nie. Znaczy, pamiętam, że w podstawówce w mojej klasie było kilka osób z tej frakcji, dwie dziewczynki i chłopiec, ale to było dawno temu i nie przyjaźniliśmy się specjalnie. 
Jedyne, co pamiętałam z tych znajomości, to piękne włosy jednej z dziewczyn. Były naprawdę wspaniałe, mocne i silne, ale miękkie w dotyku jak kaczy puch. Wzbudzały we mnie frustrację, bo nie potrafiłam odtworzyć ich struktury na własnej głowie. 
– Nie daj się im zwieść – powiedział cicho. Uniosłam brwi. 
– Sądzę, że wiedźmy mogłyby powiedzieć to samo o was. O każdej innej frakcji. I tak w kółko. 
– W szczególności Jarminie – kontynuował, jakbym się nie odezwała, chociaż poczekał, aż zakończę sumować niezbyt ufne stosunki między magicznymi. – Może to staruszka, ale na pewno nie jest bezbronna i słaba. To ambitna, niebezpieczna kobieta, która doskonale potrafi manipulować ludźmi. 
Przyglądałam się jego plecom dłuższą chwilę, nie bardzo wiedząc, co mam mu odpowiedzieć. 
– Dzięki? – Na końcu drżał znak zapytania. 
Pewnie ma rację. Przy założeniu, że wszyscy przywódcy frakcyjni byli podobni do Jakuba, mniej-więcej wiedziałam, czego się spodziewać. 
Noża w plecy? 
Zdusiłam głosik, nie chciałam w tamtym momencie tego roztrząsać. 
Opinia Marcela nie była niemile widziana, chociaż przypomniałam sobie w duchu, żeby nie ulegać zbyt szybko pierwszemu wrażeniu. Nie ma nic gorszego niż zamknięty umysł. 
Z niego też pewnie niezły manipulator. 
Jarmina wreszcie postanowiła zaszczycić nas swoją obecnością. 
Chociaż musiała mieć naprawdę sporo lat na karku, wcale nie wyglądała na bezbronną i słabą staruszkę. Owszem, była wątła i niska, ale trzymała plecy prosto i, mimo lekkiego utykania, zdecydowanie stawiała kroki; laseczka w jej ręku wydawała się zupełnie zbędna, chyba że traktować ją należało jako rekwizyt, może symbol władzy i mądrości. Jakaś wewnętrzna siła napełniała kruche ciało mocą, która rekompensowała wszelkie fizyczne ułomności. Omiotła pokój spojrzeniem; w błękitnych tęczówkach błyszczała stal i lód. Siwe włosy opadały na jej ramiona swobodną falą, wciąż mocne i bezwzględnie posłuszne woli ich właścicielki. 
Ubrana była z tą samą dyskretną, bogatą elegancją, która cechowała wnętrze budynku. W czarnej koszulce i bermudach w tym samym kolorze czułam się trochę jak obszarpaniec, ale pocieszyłam się, że Marcel nie wyglądał lepiej.
Tylko buty miał porządniejsze. I nie targał ze sobą torby z żarciem, pistoletem i Bóg wie czym. 
– Marcel – odezwała się; jej głos był tak samo władczy i chłodny, co wzrok. Najwyraźniej wywołanie go po imieniu było jej formą powitania, bo zmienny nareszcie odwrócił się od okna. 
– Jarmino. – Jego odpowiedź miała podobną temperaturę, ale słyszalny był ogrom szacunku, jaki żywił do starej kobiety. Z racji jej wieku, statusu czy osiągnięć? 
Wiedźma skupiła się na mnie. 
– Kim jest twoja towarzyszka? 
– To Rita Murawska. Pracujemy razem – wyjaśnił. 
– Dzień dobry – odezwałam się.
– Jestem pewny, że wiesz, dlaczego tu jesteśmy. – Zabrzmiało to groźnie, ale Jarmina nie wyglądała na osobę, której da się przyśpieszyć tętno kilkoma słowami. Spokojnie, nie śpiesząc się, podeszła do stolika i usiadła w jednym z foteli, ale nie spuszczała z mężczyzny oka. 
– Z łatwością mogę się domyślić. Żmijak się wycofał, zatem zabraliście się za poprawę tego, co spartaczył. Ten człowiek to skończony dureń – powiedziała ostro. Wydało mi się to niesprawiedliwą oceną, ale przemilczałam podejrzenia w sprawie szantażu. – Bardzo dobrze, że się za to zabrałeś, wreszcie jakiś profesjonalista na odpowiednim miejscu.
O dziwo, nie brzmiało to jak komplement. 
– Dziękuję – odparł sucho; najwyraźniej nie był zachwycony pochwałą. – Staram się, jak mogę. 
– Mam tylko nadzieję, że twoje śledztwo nie koliduje z obowiązkami bety Cyrusa. – Położyła obie dłonie na lasce. – Byłoby szkoda, gdyby nasz niedźwiedź musiał radzić sobie sam. Z pewnością przywykł do twojej pomocy. 
– Nie musisz przejmować się sprawami zmiennokształtnych. Wszystko jest pod kontrolą. 
– W to nie wątpię. Ale czy nadal będzie, gdy padnie na was? 
– Poradzimy sobie – odparł spokojnie, bez drgnięcia powieką. Istotnie, radzili sobie. – Jak zawsze. 
– Obyś miał rację. – Jarmina nalała sobie kawy. – Wszyscy wiemy, że trudno wywołać w was panikę, ale gdy już się to stanie... – Upiła łyk. – Daj mi znać, gdyby jeden z twoich zniknął, chłopcze. 
Wątpiłam, by Marcel miał zamiar podporządkować się temu rozkazowi. 
– Porwanie nie pozostałoby długo tajemnicą, nawet gdybyśmy próbowali je ukryć. – Ani się nie zgodził, ani nie zaprzeczył. Staruszka otaksowała go spojrzeniem znad brzegu filiżanki. 
– Jestem w stanie zaoferować pomoc, Marcelu. 
– To nie będzie koniecznie – powiedział uprzejmie. 
– Te porwania dotyczą nas wszystkich. W szczególności mnie zależy na znalezieniu winowajcy. – Gwałtownym gestem odstawiła naczynie na stolik. – Może i nie jestem w najlepszych stosunkach z Karolem i Katarzyną, przyznaję, ale to moja jedyna rodzina. Chcę ich z powrotem. 
Powinnam poprosić ją o przepis na niewykrywalne zaklęcie zapachowe? Na pewno nie mogłam zrobić tego w tamtym momencie – raz, bo Marcel był obecny, a jego niekoniecznie chciałam uświadamiać w tajemnicach owej formuły, a dwa, miałam wrażenie, że jestem świadkiem jakiejś bitwy, której zasad i celu nie mogłam zrozumieć. Siedziałam zatem cicho i przysłuchiwałam się rozmowie. 
Jarmina nie wydawała się szczególnie zła czy niepokojąca, chociaż większość wypowiadanych przez nią kwestii brzmiała, jakby była wściekła na cały świat. 
– To nie będzie konieczne – powtórzył Marcel. 
– Ach, rozumiem – wycedziła. – Stara zasada – żadnych obcych w pobliżu stada? 
– To nie ma z tym nic wspólnego. – W jego głosie zabrzmiały niebezpieczne nutki. – Możesz być pewna, że gdyby pomoc była potrzebna, nie wahałbym się po nią sięgnąć. 
– Wątpię. Duma i nonsensowne uprzedzenia ci na to nie pozwolą. Tobie i innym z twojego rodzaju. 
Uniósł brwi. 
– Nie mogę uwierzyć, że takie słowa padają z twojej strony. Czy to nie ty jesteś znana z pogardy do niemagicznych? 
– To nie pogarda, tylko litość. – Jakoś nie brzmiało. – Są jak dzieci we mgle, zagubieni i ograniczeni. 
Marcel skrzyżował ramiona na piersi. 
– Te zagubione, ograniczone dzieci przydałyby nam się w obecnej sytuacji. Oni mają detektywów, my nie. 
Prychnęła. 
– Może pani pomóc, po prostu jak najdokładniej opisując dni porwań – wtrąciłam się wreszcie, zanim zdążyła zripostować. Konflikt wisiał w powietrzu, a ja niekoniecznie miałam ochotę być publicznością. Jeszcze gorzej, gdyby poproszono mnie o mediację. 
Jarmina jakby przypomniała sobie o moim istnieniu – wbiła we mnie przenikliwy wzrok. Przemknęło skojarzenie z bazyliszkiem, ale nie pozwoliłam myślom odbić się na twarzy; zamiast tego wyjęłam notes i zerknęłam na Marcela. No dalej, zadawaj jej pytania. 
– Masz rację, dziecko. – Jarmina cofnęła się na oparcie fotela. – Możesz mi przypomnieć swoje imię? 
– Rita – mruknęłam. 
– Wybacz mi wścibstwo, ale jesteś wyjątkowo chuda. Poczęstuj się ciastkiem. – Machnęła ręką w kierunku stolika, jakby nie zauważyła, że na talerzy zostały tylko dwie mufinki – najmniejsze. Nie chciałam zeżreć wszystkich. – W jakie zwierzę się zamieniasz? 
Dość bezpośrednie pytanie, ale niedawno zadałam przecież niemal identyczne. Niejednokrotnie. Ona przynajmniej zaoferowała ciasteczko na osłodę. 
– W żadne, proszę pani – odparłam uprzejmie.
Zdumienie odmalowało się na jej twarzy tak nagle, jakby ktoś pstryknął przełącznikiem. 
– No, no! Czyżbym pomyliła się w ocenie? – Odwróciła się do Marcela. – To nowość. Od kiedy tak otwarcie akceptujesz niezmiennych? 
– Ona jest magiem – powiedział sucho. 
To tylko sprawiło, że jej zaskoczenie się pogłębiło. Pochyliła się do przodu, przyglądając mi się z zainteresowaniem. 
– Marcelu, zaskakujesz mnie! A co z zasadą żadnych obcych? Wiedziałam, że ma ci towarzyszyć jakaś kobieta, ale chyba nikt nie spodziewał się kogoś... spoza. 
Patrzyła na mnie z jakimś osobliwym oczekiwaniem, jakbym miała wykonać jakąś fascynującą sztuczkę, wyciągnęła królika z kapelusza albo podała łapę. Mogłam sobie zobrazować, jak chwyta mufinkę i macha mi ją przed nosem; daj głos, głos! 
– Jak pani sama powiedziała, te porwania dotyczą nas wszystkich – przypomniałam. Wiedźma wróciła do poprzedniej pozycji, w zamyśleniu uderzając palcem o wargi. 
– Hm! – mruknęła, ale nie komentowała więcej. – No dobrze, skupmy się na istotniejszych sprawach. 
– Na początek proszę powiedzieć, czy ma pani jakieś przypuszczenia, dlaczego to Karola i Katarzynę porwano – zasugerowałam, ponieważ Marcel milczał. 
– Ha! Czy to nie oczywiste? – sarknęła. – Z powodów politycznych. Potrafię rozpoznać, gdy ktoś we mnie celuje, młoda damo. 
– Tym razem kula trafiła w płot – mruknął Marcel, ale wiedźma może i była stara, ale na pewno nie głucha. Temperatura w pokoju jakby spadła nagle o kilka stopni. 
– Możesz uważać inaczej, ale porwanie moich wnuków ma znaczenie. Nawet jeśli nie mam zamiaru zapłacić choćby złotówki. – Zacisnęła dłoń na poręczy fotela. – To jest polityka. Ktoś się ze mną bawi, Marcel! Nie tylko ze mną, z nami wszystkimi. Z wami pewnie też niedługo zacznie, może już planuje, jak uderzyć w twoje drogocenne stado – warknęła. 
Nie wyglądał, jakby przejął się jej słowami. 
– Słyszałam sugestie, jakoby porywaczom chodziło o poziom mocy. – Z jej oczu sypały się iskry. – Gdyby istotnie tak było, to mnie byś szukał, nie moich wnuków. Młodość nie zawsze równa się większej sile. 
Pomyślałam o Beacie. Czy było możliwe, że jej uprowadzenie było działaniem politycznym? Wątpiłam w to; nie mieliśmy żadnego wpływu na wewnętrzne sprawy frakcji. Dla dobra mojego, a później także Beci, wszyscy trzymaliśmy się z daleka od reszty magów. Najbliżej posiadania jakiegoś znaczenia był Marek. 
Może chodzi i o moc, i o politykę. Jedni porwani z tego powodu, drudzy z tamtego. 
Zadawałam Jarminie pytania, jako że Marcel najwidoczniej stracił jakąkolwiek ochotę na rozmowę z wiedźmą. Dla mnie na szczęście była milsza niż dla zmiennokształtnego, zatem gładko przebrnęłyśmy przez przesłuchanie; niestety, jej relacja w zasadzie nie wniosła niczego nowego. Opis porywacza oraz samych porwań pokrywał się z poprzednimi. Duża, bura istota, na którą nie miały wpływu zaklęcia; chwila odosobnienia, nagłe pojawienie się stwora, złapanie celu i ucieczka. 
Jarmina na odchodne kazała swojej sekretarce? asystentce? przygotować mi torbę z mufinkami, ale ich słodycz nie była w stanie zmazać goryczy, jaką czułam po opuszczeniu budynku. 
Rozmawialiśmy z kolejnymi osobami i niczego to nie zmieniało. Chciałam działać albo przynajmniej wskazać kierunek tym, którzy lepiej nadawali się do pracy w terenie; cokolwiek, co dałoby mi poczucie, że to łażenie ma sens. Że przybliżam się do Beci. 
Do tej pory zrobiłam mnóstwo rzeczy, ale żadna nie wydawała się mieć znaczenia. 
Marcel zatrzymał się i obejrzał przez ramię; obserwowaliśmy, jak siedziba wiedźm ponownie zamazuje się przed naszymi oczami i pokrywa smętnym kamuflażem. Niedaleko stała grupka podejrzanie wyglądających panów w dresach, którzy przyglądali się nam intensywnie. Czując się niekomfortowo jako obiekt ich oględzin, szepnęłam: 
– Idziemy? 
Odwrócił się bez słowa i szybkimi krokami ruszył do miejsca, w którym zostawiliśmy samochód. Odchrząknęłam i potruchtałam za nim, ale dystans pomiędzy nami się nie zmniejszał. Z irytacją zawołałam: – Mógłbyś tak nie pędzić? 
Zatrzymał się raptownie i poczekał, aż się zbliżę, z chmurną miną obserwując otoczenie. 
– No i jak wrażenia po spotkaniu z naczelną wiedźmą? – zapytał. Wzruszyłam ramionami. 
– Odnosiła się do mnie całkiem przyjaźnie, ale w waszych relacjach zdecydowanie brakuje miłości. Powinniście nad tym popracować, od razu zaczęlibyście się dogadywać lepiej.
Żartowałam, ale Marcel potraktował moje słowa poważnie. 
– Jeśli brakuje, to tylko z jej winy – oznajmił sucho. – Jarmina nie ma najlepszego zdania o zmiennokształtnych. O Renegatach nawet gorsze – dodał po chwili. 
– Do Renegatów rzadko kto ma choćby neutralny stosunek. Mimo że są potrzebni – mruknęłam. Gdzie ci wszyscy zmienni rodzicie podrzucaliby swoje niezmienne dzieci? 
– Słyszałem pretensję w twoim głosie. 
Znowu wzruszyłam ramionami. Byliśmy już przy samochodzie, zatem wyciągnęłam rękę, by otworzyć drzwi, ale Marcel złapał mnie za nadgarstek, zanim dotknęłam klamki. Znieruchomiałam. Uścisk nie był mocny, ale mogłam się założyć, że próby wyrwania się byłyby bezowocne. 
– Myślę, że naszym relacjom dobrze zrobi, jeśli coś wyjaśnię – powiedział cicho. Staliśmy blisko siebie, czułam ciepło jego ciała i oddech na uchu. – Mówiąc krótko: odniosłaś inne wrażenie, ale ja nic do twoich przyjaciół Renegatów nic nie mam. Więcej, wielu z nich podziwiam. Własnymi rękami zbudowali azyl dla siebie i innych, podobnych wyrzutków społeczeństwa, i choćby dlatego mają mój szacunek. 
Odwróciłam głowę i popatrzyłam mu w oczy. 
– Odnosiłeś się do nich bardzo wrogo – zauważyłam. 
Posłał mi krzywy, ironiczny uśmieszek. 
– Do wszystkich się tak odnoszę. 
Racja. Miałam ochotę zasugerować mu regularne pijanie melisy, ale ta rada chyba nie spotkałaby się z pozytywnym odbiorem. Poza tym... był poważny. Z jakiegoś powodu zależało mu, żeby ta sprawa była między nami jasna. 
Sprawa, której nigdy nie rozumiałam, miała szansę zostać wyjaśnioną. 
– Dlaczego twój rodzaj porzuca dzieci? – zapytałam cicho. – To mi się nie zgadza z rzekomą obsesją na punkcie potomstwa. 
Milczał chwilę. 
– Wielu mieszańce nie przeszkadzają – oznajmił wreszcie. – Mamy we frakcji bastardów, wychowanych w normalnych warunkach i rodzinach, chociaż nie mogę zaprzeczyć, że są raczej unikani i szykanowani. Jak każdy, kto odstaje – dodał z goryczą. 
– A niezmienni? 
– To ciężki temat – westchnął. 
Uniosłam brew. 
– Nie rób takiej miny. – Nie zmieniłam wyrazu twarzy i poczułam, jak uścisk nieco się wzmocnił. – Wyjaśnię ci, dlaczego wszyscy tak cholernie boją się niezmiennych. Właśnie tak, boją się. Jeśli jest się niezmiennym, prawdopodobieństwo, że twoje dzieci też będą niezmienne, jest niemal stuprocentowe, nawet jeśli w rodzinie drugiego rodzica nie było nigdy podobnego przypadku. Zatem nikt nie chce ich w pobliżu... bo jeśli ten niezmienny okaże się twoim jedynym, możesz pożegnać się z myślą o normalnym potomstwie, jeśli w ogóle jakieś planujesz. 
– To takie złe? 
– Tak – odparł krótko, zimno. 
– Dlaczego? – Nie mieściło mi się to w głowie. – Szymon z Renegatów jest całkiem zwyczajnym facetem. 
– Ma dziewczynę... partnerkę, żonę? 
– Ma... 
– Od jak dawna? 
Zawahałam się. 
– Nie wiem. Tak jakby... od zawsze. 
– Ale nie ma dzieci. 
Potrząsnęłam głową. 
– Zapewniam cię, że chce mieć. – Jego kciuk delikatnie głaskał moje żyły, jakby próbował złagodzić efekt ostrych słów i tonu. – To instynkt, który jest w nas bardzo żywy. Niewielu jest w stanie go pokonać. Łączenie się w pary, przedłużanie gatunku... Ale twój Szymon nigdy nie zdecyduje się na dziecko, jestem tego pewny. Podobnie jak inni mu podobni, jeśli zdają sobie sprawę z konsekwencji. 
– Nadal nie rozumiem, co jest w tym strasznego. Funkcjonują jak zwyczajni ludzie. 
Uśmiechnął się smutno. 
– Mieli to szczęście, że są ludźmi. 
Powoli zaczynało mi coś świtać. 
– Wyobraź sobie, że Szymon jest twoim wybrankiem – kontynuował. – Zachodzisz w ciążę. Potem nadchodzi rozwiązanie i okazuje się, że urodziłaś zwierzę. Nie, to nie jest żadna obelga. Po prostu zwierzę. Wilka, lisa, psa, kota. Trochę większe i inteligentniejsze, ale nadal... po prostu zwierzę. 
Było jakieś trzydzieści stopni, ale mnie niespodziewanie zrobiło się całkiem zimno. 
– Zamiast syna czy córki dostajesz pupilka – ciągnął. – Zwierzaka kanapowego z twojego ciała, z twojej krwi. Powiedz... – Palec znieruchomiał. – Czy nie pękłoby ci serce? 
Rozpadło w pył. 
– Nie wiedziałam – szepnęłam. 
– Powinniśmy ich wspierać, Szymona i innych – przyznał. – Od lat próbujemy zmienić stosunek rodziców do ludzkich niezmiennych, ale najczęściej ulegają panice i porzucają gdzieś dziecko. Jeśli ma szczęście, trafia do Renegatów albo innych zgromadzeń tego typu. Jeśli nie... ląduje w niemagicznym domu dziecka. 
Dorastanie w zwyczajnym społeczeństwie było najgorszym, co mogło spotkać kogoś o magicznych korzeniach, nawet jeśli nie przejawiał wysokiego poziomu mocy. Dziewięć przypadków na dziesięć kończyło z zaawansowanymi chorobami psychicznymi. Pozostali zaś byli uważani za chorych, nawet jeśli wszystko było z nimi w najlepszym porządku. Widzieli w końcu rzeczy, które nie istniały. 
– Jarmina może uważać inaczej, ale ja nie mam uprzedzeń do niezmiennych – powiedział Marcel. – I nie odtrąciłbym mojego dziecka, gdyby okazało się niezdolne do zmiany kształtu. 
– Ale nie związałbyś się z jedną – wytknęłam, ale zabrzmiało to żałośnie. 
– Nie. – Wykrzywił wargi. – Przyznaję, że nie. 
To było tak bardzo podobne do moich rozważań o posiadaniu dzieci... czy raczej nieposiadaniu ich. 
– Przepraszam – ustąpiłam. – Jestem idiotką. Założyłam najgorsze, nie znając drugiej strony medalu. 
– Cieszę się, że się rozumiemy. 
Zabrzmiało to jak tekst z kiepskiego kryminału, ale Marcel raczej nie miał podobnych skojarzeń. 
– Jedziemy dalej? – zapytałam po chwili milczenia. 
– Chyba tak – odparł, ale żadne z nas się nie poruszyło. 
Ta niezbyt długa rozmowa zdawała się zbliżyć nas do siebie w osobliwy sposób. Mogliśmy tego nie przyznawać, ale wyglądało na to, że omówiliśmy temat istotny i bardzo osobisty dla nas obojga. Cisza była spokojna, komfortowa... i intymna. Był blisko, bardzo blisko. 
Patrzyliśmy na siebie, jakbyśmy się zastanawiali, dokąd zaprowadzi nas ta znajomość. 
Donikąd, odezwał się ktoś surowo.
Nawet jeśli ma do nas tyle sympatii, żeby nie zabić, to raczej nie miałby ochoty na związek z morfem. 
Nie poruszyłam się jednak, czując znajome, ale dawno nieodczuwane mrowienie oczekiwania w klatce piersiowej i brzuchu. Wystarczyłoby, żeby się pochylił... albo żebym ja wspięła się na palce... 
– Beta zmiennych? – rozległ się głos, którzy przypominał skrobanie jednego kamienia drugim. Wzdrygnęłam się i oboje równocześnie odwróciliśmy głowy w kierunku, z którego padło pytanie. 
Obojętnymi, bladożółtymi oczami obserwował nas niski, chudy człowieczek. Popielate włosy wyglądały, jakby nigdy nie zawarły bliższej znajomości z grzebieniem, chyba że z wykonanym z jakiejś gałązki. Jego skóra miała szarawy kolor, który przywodził na myśl niewyspanie, przepracowanie i papierosy, a ciuchy już dawno temu powinny być wymienione na nowsze. 
– O co chodzi? – zapytał Marcel ostrożnie, odsuwając się ode mnie płynnym ruchem. 
– Ażepłut zaprasza. 
Przetrząsnęłam pamięć, próbując dopasować imię do osoby. Do kogokolwiek należało, zaalarmowało Marcela; zmienił lekko pozycję, wysuwając się do przodu i tak przenosząc ciężar ciała, że w jednym skoku znalazłby się przy nieznajomym. 
Nie umknęło mojej uwadze, że teraz mnie zasłaniał. 
A może tylko dopisywałam błędną interpretację. 
– Czego chce?
– Porozmawiać. Ma informacje, które mogą okazać się przydatne. 
– Jakie informacje? 
– Nie wiem. Jestem posłańcem. Ażepłut zaprasza – powtórzył. 
Ażepłut, Ażepłut... Dzwoniło, ale w którym kościele? 
– Dokąd? 
– Do swojej siedziby. 
Marcel otworzył szeroko oczy, cicho zaklął. Człowieczek okazał wreszcie trochę emocji; szybki uśmiech wykrzywił cienkie wargi, mignął widok białych zębów. 
– Też tak uważam. 
Przypomniało mi się. Ażepłut, władca żywiołaków; elementalista, przed którym od wieków drżano. 
O rany. Najwyraźniej w przeciągu dwóch godzin było mi pisane poznać najstarszych i, jak uważało wielu, najpotężniejszych członków Kolegium. 
Jak tak dalej pójdzie, do końca tygodnia sama zajmę jakieś ważkie stanowisko. 
Odmówiłam szybciutką modlitwę do wszystkich przychylnych mi bóstw. Oby nie. 
________

Możliwe, że ten rozdział jest trochę nierówny, ponieważ byłam zmuszona pisać go na raty. Ale udało mi się wyrobić, zanim minęły dwa miesiące od poprzedniego, z czego jestem ogromnie zadowolona. Niby mam teraz czas wolny, niby wakacje, ale mnie od zawsze lepiej się pracowało pod presją. Co widać po fakcie, że na horyzoncie majaczy widmo studiów, a ja, po zdaniu sobie z tego sprawy, niespodziewanie nabrałam nowych chęci i sił do kontynuowania tej opowieści. 
Znaczy, nigdy ich nie straciłam, tylko teraz... znacznie ich przybyło. O. 
No i jak tam wrażenia? Ricie może się to nie podobać, ale pakuje się w sam środek polityki magicznych. A wy razem z nią. 

19 komentarzy:

  1. Fajny rozdział i nie zauważyłam żadnych błędów. Czekam na nast. i życzę weny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałam zamiar zacząć czytać Twoje opowiadanie już dawno, ale jakoś coś wciąż stało na drodze. W końcu, korzystając z wakacji, postanowiłam to zrobić. Pochłonęłam jednych tchem, powiedzmy, w każdym razie wieczór po wieczorze. I wciągnęłam się niesamowicie w tę historię.
    Zapewne wiele osób już Ci mówiło, że jest świetna, ale i tak warto to powtórzyć, bo według mnie Twój blog jest jednym z lepszych. Rozdziały przyjemnie się czyta, masz dobry styl pisania. Podoba mi się, jak rozwija się akcja, nie zbyt szybko, ale i nie za wolno. Poza tym takie zakończenia, jak chociażby w poprzednim rozdziale. Po prostu musiałam przeczytać kolejny, no bo jak to, nagle trup w mieszkaniu. Od razu milion pomysłów na minutę. No ale przeczytałam sobie ten rozdział i mniej więcej wiem. Rita miała powiedzieć o tym umarlaku Marcelowi... Zrobi to kiedyś? Jestem ciekawa jego reakcji.
    Z tego co napisałaś, rodzina ma dla Rity duże znaczenie, ale czy, pomijając porwanie Beaty, będzie grała jakąś większą rolę? Pojawiają się co jakiś czas, ale dla samej akcji opowiadania w tym momencie są raczej tłem, tak mi się wydaje. Wpłyną jakoś na jego "losy"?
    No i jeszcze zastanawiam się, co z tym Feliksem. Co właściwie ich łączyło? Co się stało, że już tego nie ma? Mam nadzieję, że o tym także kiedyś napiszesz.
    Szykuje się polityka magicznych? Stawiam, że w wykonaniu Rity będzie ona o wiele ciekawsza niż w innym wypadku. Chętnie poczytam.
    Czekam z niecierpliwością na kolejny rozdział.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny :)
    t.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że udało mi się zająć ci te kilka wieczorów i dziękuję za każde słowo pochwały. :)
      Hm, a mnie się cały czas wydaje, że wszystko się za bardzo wlecze i nic konkretnego się nie dzieje.
      Tak, Rita powie o tym Marcelowi, ale póki co nie było odpowiedniej okazji. Takowa pojawi się jednak niedługo.
      Rodzina Murawskich raczej nie zyska nagle jakoś istotnej roli w przebiegu wydarzeń, choćby dlatego, że wszyscy są w ten czy inny sposób niedysponowani. Marysia w szpitalu, Hubert się snuje, Elena (mama; zdaje się, że nigdy nie wymieniłam jej imienia) jest skupiona na tym, żeby się nie rozsypać. Zaś Marek stara się utrzymać ich w kupie i zdusić panikę, choć nie powiem, by w głębi duszy czuł się pewniej niż inni.
      Feliks i jego miniony związek z Ritą i Mają jeszcze się wyjaśni, chłopaczyna będzie miał do odegrania sporą rolę.
      W wykonaniu Rity robienie polityki przypominałoby wpadnięcie gołą dupą w mrowisko. :P
      Dziękuję i również pozdrawiam. :)

      Usuń
  3. No dobra, przeczytałam wszystko. Od razu zaznaczę, że nie lubię komentować tylu części naraz, więc zapewne poniższa wypowiedź będzie dość chaotyczna, a o połowie rzeczy nawet nie wspomnę, bo skleroza.
    Zacznę od tej nieszczęsnej nadinterpretacji, gdyż stało się to moją zagwozdką. Moja ostatnia polonistka - kobieta znająca się na rzeczy, warto dodać - na sto procent używała słowa "nadinterpretacja", jednakże co do czasownika nie jestem pewna. Niby brzmi naturalnie, więc aż się prosi, by go używać, ale to pewnie jeden z tych wyjątków, w których utworzono rzeczownik, bo był potrzebny polonistom (tak jak hiperpoprawność), a o innych częściach mowy nikt już nie pomyślał. Trzeba by się było rozejrzeć po jakichś profesjonalnych opracowaniach i zobaczyć, czy używają tego czasownika (bo jeśli tak, to pewnie niedługo wpiszą go do słownika), czy jednak trzymają się samego rzeczownika.
    Błędów dużo nie zauważyłam, raczej jakieś literówki. W pierwszej części tego rozdziału rzuciły mi się dwa - 'bart' zamiast 'brat' w odniesieniu do Marka i "Jestem łączniczką między Bartoszem, a Jakubem i Marcelem. To oni go zatrudniają." - bez przecinka przed a, bo to ta konstrukcja między X a Y, o której wspominałam na Chatce. Jak już jestem przy błędach, to może przejdę do twojego stylu. W sumie nie mam wiele do powiedzenia, oprócz tego, że jest bardzo dobry. Opowiadanie czyta się przyjemnie, opisy są bardzo obrazowe, wypowiedzi dość zróżnicowane pod względem bohaterów, no i te sarkastyczne wstawki... pozazdrościć po prostu.
    Jeśli chodzi o adres - znam ten ból, nic bardziej nie denerwuje niż zajęty idealny adres świecący pustkami od lat. Naprawdę uważam, że blogspot powinien co jakiś czas robić wielką czystkę, bo niedługo nie będzie możliwości stworzenia sensownego adresu, pozostaną same idealny-adres1234.
    Jeśli chodzi o fabułę, to bardzo mi się podoba. Jak już wspominałam, bestiariusz słowiański to coś, z czym chętnie się zapoznaję pod każdym kątem, więc pół-strzyga i południca to dwie moje ulubione bohaterki, chociaz Rita i Marcel też są okej (ale o postaciach później). Sam pomysł na przedstawienie świata magicznego podzielonego na frakcje kojarzy mi się po trochu z Supernatural (szczególnie z odcinkiem Bloodlines, który miał być spin-offem, ale jednak nim nie został), a po trochu z The Originals. Wydaje mi się, że klimat opowiadania jest też podobny do tego pierwszego serialu, tyle tylko, że tam jest dużo więcej trupów, ale czego spodziewać się po głównych bohaterach, którzy są łowcami xD A w The Originals pojawia się nazwa 'hybryda' na określenie pół-wilkołaka i pół-wampira, a to chyba nie pierwszy taki przypadek, więc myślę, że zmiana na bastarda nie była niezbędna, ale to tylko taka poboczna uwaga, bo sama nazwa raczej nie ma większego znaczenia, chociaż gdybyś tego nie wyjaśniła pod którymś rozdziałem, to myślałabym, że bastard to po prostu bękart. Nawet miałam zapytać, jak już przeczytam wszystko, czemu wybrałaś bastarda, skoro mamy słowo bękart, ale już widzę mój błąd :) Wracając do pomysłu na świat przedstawiony, podejrzewam, że to nic niezwykłego przedstawić go w ten sposób, w końcu to dość oczywiste, że poszczególne rasy trzymają ze sobą, a obcych na dystans. U ciebie jest to dobrze przemyślane i poukładane, widać, że nie poszłaś na żywioł, wymyślając w ostatniej chwili zasady panujące wśród zmiennokształtnych, którą to frakcję opisałaś najdokładniej. Co się zdecydowanie chwali.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie przejmuj się tak tą akcją, bo akcja jest, co prawda zazwyczaj gdzieś w drugim planie, ale to w ogóle nie przeszkadza, bo ciągle pojawiają się sytuacje, które pchają fabułę dalej; to dobrze pasuje do klimatu opowiadania, takie mam zdanie. A mówi to ktoś, kto raczej lubi, jak dużo się dzieje, więc to znaczący komplement. Poza tym już dawno doszłam do wniosku, że w kwestii akcji nigdy się czytelnikom nie dogodzi, bo choćby gnała na łeb, na szyję, i tak znajdzie się osoba, która stwierdzi, że jest jej za mało.
    Jeśli chodzi o samo porwanie osób o wysokim potencjale magicznym, to moim pierwszym pomysłem było to, że ktoś potrzebuje bardzo dużo mocy (którą czerpie od porwanych), żeby w jakiś sposób narozrabiać. I póki co będę się tego trzymać, bo to wyjaśniałoby brak żądań okupu i śmierć kilkorga porwanych. A że porywacz musi być bardzo potężny, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Nie dość, że zdjął zaklęcia z mieszkania Rity, nie pozostawiając żadnych śladów (co jest bardzo dziwne), to jeszcze stworzył potworka odpornego na bardzo silną magię, który mnie osobiście z jakiegoś powodu skojarzył się z golemem. Okaże się, czy miałam rację. ;)
    No to przejdę teraz do bohaterów i chyba na tym zakończę. Jak już wspomniałam, moje ulubienice to Maja i Zora, najpewniej dlatego, że bardzo lubię kobiece postaci, które nie czekają na rycerza na białym koniu, bo potrafią doskonale o siebie zadbać. I tutaj pogratuluję także udanego drabble. Sama nigdy nie porwałabym się na limit stu słów. To twoje pierwsze drabble, jeśli można wiedzieć?
    No i chciałam dodać, że jak zobaczyłam "pół-strzyga", to sobie pomyślałam, że ojciec Mai miał jaja ze stali. Potem przeczytałam, jak to było naprawdę, no i... zdania nie zmienię. Może związana, może półprzytomna, może wyjątkowo paskudna dewiacja, ale żeby się dobrać do strzygi... jak mówiłam - jaja ze stali.
    Jeśli chodzi o Ritę, to jak na główną bohaterkę jest w porządku. Mam taki problem, że nigdy nie potrafię stworzyć sympatycznej głównej postaci i naprawdę nieczęsto zdarza mi się ją (lub jego) polubić w książkach, zazwyczaj skupiam się na postaciach drugoplanowych, bo główni bohaterowie najczęściej są po prostu nudni i mdli. I często irytujący. Rita jest w porządku, nie bardzo polubiłam jej postać, która uratowała ją przed gwałcicielem (Kasia? Zosia? nie pamiętam), bo skojarzyła mi się z taką głupią blondyną, ale ta podstawowa wywołuje we mnie jak najbardziej pozytywne uczucia, szczególnie kiedy jest sarkastyczna. No i między nią a Marcelem jest fajna chemia, od początku zastanawiałam się, czy coś się z tego wykluje.
    A jak już mowa o Marcelu, to też wydaje się być dobrze skonstruowaną postacią, na początku wydawał się być strasznym bucem, ale im dalej, tym lepiej. No i ciekawi mnie jego zwierzęca forma.
    No to na razie tyle.
    Dużo wena i chęci do pisania życzę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim dziękuję pięknie za komentarz; rzadko kto się tu odzywa, zatem każdy mnie niewymownie cieszy, szczególnie tak obszerny. :)

      „Nadinterpretować” póki co zostawię, może zaplącze się tu ktoś mądry i mi pomoże.
      Pozamieniane kolejnością litery niestety mi umykają, zatem dzięki za wskazanie, poprawione już.
      Czystki to całkiem niezły pomysł, chociaż jak pomyślę, że po zakończeniu Soli miałby ją ktoś usunąć wbrew mej woli, to zapewne byłam zirytowana. Chociaż... za tę pięć lat mogę uważać, że wszystko od początku było do poprawy i nawet lepiej się stało. W sumie już teraz, kiedy wracam do wcześniejszych rozdziałów, mam ochotę je poprawiać.
      Ostatnio wyrzuciłam kompletnie zbędny fragment, ale tak mnie to gryzło, że po prostu musiałam się cofnąć.
      Żadnego z tych seriali nie oglądałam. :) Ale czytam bardzo dużo urban fantasy, a tam zazwyczaj panują podobne podziały i interpretacje. Zresztą, jakby się nad tym zastanowić, to w każdej literaturze postaci dzielą się na frakcje, hmmm.
      Mogę powiedzieć coś pobocznego na temat zmiennych; nie ma to większego wpływu na fabułę (może w przyszłości coś o tym napiszę... ale dalekiej, to pewne), ale Marcel ma aspiracje, żeby wraz z nowym przyszłym alfą przeprowadzić rewolucję i znieść przynajmniej część tych zasad. Są przestarzałe, nie poprawiają wizerunku gatunku w oczach innych magicznych, ale przede wszystkim ograniczają samych zmiennokształtnych – zarówno w działaniach, jak i myśleniu. Marcel chce ich bardziej otworzyć na świat zewnętrzny, że tak to ujmę. :) (Chociaż sam nie jest za specjalnie ufny, ale ostatecznie o becie i tak nikt nie pamięta; liczy się postawa alfy).
      O przyczynach porwań nie będę zdradzać szczegółów, ale mogę powiedzieć, że częściowo trafiłaś. A golem to strzał w dziesiątkę – szerzej będzie w następnym rozdziale. Nie dziwi mnie zupełnie, że na to wpadłaś. :P
      Drabble to bardzo fajna forma! Spróbuj konieczne. To spore wyzwanie, przyznaję, ale satysfakcja ogromna, jak już uda ci się w tej setce zawrzeć wszystko, co chciałaś. :D (Są jeszcze dwie pochodne – jedna na pięćdziesiąt słów, a druga na dwieście). Nie, nie jest moim pierwszym, ale dopiero drugim opublikowanym. Zresztą, niedługo pojawi się następne.
      Jegor był przede wszystkim zdrowo jebnięty. :D
      Ja też najczęściej nie przepadam za własnymi bohaterami głównymi, ale Ritę akurat lubię; może nie powinnam się do tego przyznawać, skoro jest moim tworem. Przyczyna leży zapewne w fakcie, iż dziewczyna jest wieloma osobami. Tępą laską też, niestety. :)
      Marcel jest pod ogromną presją i przez to zachowuje się bucowato, zwłaszcza na początku opowiadania. Jako że na blogach wszystko toczy się tysiąc razy wolniej niż w gotowej powieści, mogę powiedzieć, że poznanie jego przeszłości rzuci światło na jego zachowanie (ale zanim dotrzemy do tego momentu...). Marcela perspektywa utraty alfy przeraża tak bardzo, że musi walczyć ze sobą, żeby nie rzucić tego w cholerę i uciec.
      A wen się mnie ostatnio trzyma, za co jestem mu niewymownie wdzięczna.

      Usuń
    2. Ależ nie ma za co. No właśnie widzę, że coś mało tutaj czytelników i zupełnie tego nie rozumiem. Za to pod którymkolwiek fanfikiem z One Directon będzie ze 20 komentarzy w ciągu 24 godzin od publikacji... Polsko, quo vadis? Ale nic się nie martw, jeżeli ja nadrobiłam 10 rozdziałów, znaczy, że warto. :)

      Proszę bardzo. U kogoś łatwiej coś takiego wyłapać.
      Ale ja nie mówię o usuwaniu zakończonych opowiadań, tylko blogów, na których od założenia w 2005 r. (albo i jeszcze wcześniej) nic się nie pojawiło albo pojawił się post o tym, że "już za tydzień 1 rozdział, komciajcie, hehe".
      Raczej nie zdarza mi się przywracać usuniętych fragmentów, ale u mnie zupełną normą jest pisanie połowy strony przez 3 godziny, po czym stwierdzanie, że to jednak do niczego i próbowanie od początku. Tak właściwie powstają u mnie całe rozdziały. I dlatego to tyle trwa.
      Nie zastanawiałam się nad tym, ale w sumie masz rację. U ciebie rzuciło mi się to w oczy pewnie dlatego, że jest tu sporo tych frakcji. Supernatural jak najbardziej polecam, The Originals to spin-off Pamiętników wampirów (nie polecam!), więc nie wiem, czy bez ich znajomości Originalsi byliby zrozumiali.
      Od początku podejrzewałam, że Marcel nie jest taki zły, za jakiego próbuje uchodzić. W ogóle to sorki, że tak mało napisałam o bohaterach, ale pod koniec opadły ze mnie wszystkie siły. xD
      Ha, to moja specjalność! Zastanowiłam się, jak ja bym takie porwania uzasadniła i padło na coś takiego. ;)
      Oj, nie, do drabble i poezji nie nadaję się zupełnie. Ale pójdę sobie przeczytać jeszcze raz twoje ^^ Już nie mogę się doczekać następnego :)
      Jegor to ojciec Mai, tak? Swoją drogą fajne imię. Jegor był nekromantą, to samo w sobie dużo o nim mówi. Spotkało go na co zasłużył, co tu dużo mówić.
      Rita jest jak najbardziej w porządku. Lubię ją, może nie tak jak Maję i Zorę, ale - jak już mówiłam - mam słabość do tego typu bohaterek. W ogóle to miałam powiedzieć, że podziwiam Ritę za stworzenie Bartka. Przecież, jak się tak porządnie zastanowić, to faceci inaczej mówią, inaczej chodzą, inaczej się zachowują i w ogóle są z Marsa. Najprawdopodobniej jeszcze nie dała się przyłapać na byciu kobietą, więc ogromny szacun, ja bym pewnie wymiękła już na starcie, choć uważam się raczej za mało kobiecą.

      Ach, no i zapomniałam wczoraj napisać, że Jarmina to fajne imię i, kurczę, dlaczego mi nie przyszło do głowy, a potem przekreślić i dopisać Ażepłut rulez.

      Usuń
    3. Cieszę się, zwłaszcza że mam nieprzyjemne wrażenie, że strasznie nierówne jest to opowiadanie. Półtora roku minęło od napisania pierwszego rozdziału i śmiem sądzić, że się trochę zmieniło.
      To byłoby miłe, ale kto by to sprawdzał? Jakby przeprowadzali jakieś czystki, to zapewne automatycznie, blogi bez ani jednego posta od jakiegoś tam punkty w przeszłości. Mimo wszystko, jak często zagląda się na blog, który zakończyło się pięć lub więcej lat temu? Raczej nieczęsto, bo i po co.
      O tak, usuwanie dopiero co napisanego akapitu też znam. Ale chyba nie da się nic na to poradzić... mogę ci tylko życzyć, żeby było ich najmniej.
      Nie widać tego, bo akcja nie wychodzi poza Miasto, ale w moim umyśle w innych miejscowościach jest inaczej – nie ma takiego stężenia frakcji, a jeśli jest ich zbliżona ilość, zazwyczaj są w znacznie gorszych stosunkach. Miasto jest wyjątkowe, istny ośrodek miłości między magicznymi. :D
      Tak, Jegor to ojciec Mai.
      Rita od małego obserwowała i naśladowała innych ludzi, to część jej natury, zatem doskonale wie, jak się zachowywać, by kogoś udawać. Zauważa najdrobniejsze gesty, przez co doskonale czyta mowę ciała. W innych sytuacjach, niestety, nie jest tak spostrzegawcza.
      Można powiedzieć, że Rita to spełnienie snów gender – ma swobodny wybór, czy chce być kobietą, czy mężczyzną. :)
      Też się nie uważam za wzorową przedstawicielkę babskiego sojuszu, ale gdybyśmy postanowiły udawać... cóż, najwyżej w oczach społeczeństwa byłybyśmy zniewieściałymi mężczyznami. :D
      Kiedyś czytałam o eksperymencie, w którym kobieta przez pół roku udawała mężczyznę, ale nie pamiętam szczegółów. Nikt się nie zorientował; ostatecznie, ludzie widzą to, co chcą widzieć.

      Usuń
    4. Szczerze mówiąc, niczego takiego nie zauważyłam, ale myślę, że jako autorka wiesz lepiej. Co najwyżej rzuciła mi się w oczy zwiększona ilość sarkastycznych wypowiedzi, co jest jak najbardziej na plus. Pozostaje mi mieć nadzieję, że chodzi ci o zmiany na dobre.
      Właśnie tego się obawiam. Pozostaje nam kląć na tych, co niepotrzebnie zajmują adresy.
      Dziękuję, bardzo by mi się to przydało, tempo pisania zdecydowanie by wzrosło. Życzę ci tego samego.
      A jednak porywają biedaków i doprowadzają do ich śmierci... Czego się nie robi z miłości xD Może uda ci się gdzieś przeszmuglować parę takich informacji albo napisać one shota w ramach odsapnięcia od Soli. Oczywiście, jeśli będziesz miała dobry pomysł i chęci.
      Ja to doskonale rozumiem, ale jednak obserwować mężczyzn to jedno, a zachowywać się jak oni, a nie jak kobieta, to co innego, pewne przyzwyczajenia pozostają. Nie myślałam o tym w ten sposób, ale faktycznie genderyści (oni mają w ogóle jakąś nazwę?) byliby w siódmym niebie, będąc morfami.
      Myślę, że do niedawna jak ktoś mówił, że jest mężczyzną albo kobietą, to nie było powodu, żeby w to nie wierzyć, teraz jednakże mamy Conchitę Wurst, Rafalalę i innych/inne. Człowiek się robi podejrzliwy ;)

      Usuń
    5. Ostatnio udało mi się napisać trochę na zapas, zatem zapewne wrócę do poprzednich rozdziałów i je poprawię, naprawdę czuję taką potrzebę. :)
      Hej, w niektórych miejscach są prowadzone istne wojny gangów, więc parę porwanych jednostek to naprawdę niewiele. xD
      One shot to niezły pomysł! Jak wpadnie mi do głowy jakieś tło fabularne do zaprezentowania tych pobocznych informacji, z pewnością napiszę.
      Mulan dawała radę! :)

      Usuń
    6. W takim razie trzymam kciuki. Mam nadzieję, że poprawy cię usatysfakcjonują. Daj znać, czy zmieniłaś coś istotnego. ;)
      No tak, przy wojnach gangów kilka porwań to naprawdę drobnostka. I pewnie nikt by się nimi nie przejął, gdyby nie porwanie alfy i małej Beci. Strzeżcie się gniewu ciotki-morfa! xD
      Bardzo się cieszę, że ci się pomysł spodobał. Są drabble i one shoty mogą być :)
      Nie tylko Mulan, to dość częsty wątek w filmach xD

      Usuń
    7. Istotnych zmian nie będzie, raczej kosmetyczne poprawki. Ale dość ważna rzecz zostanie dodana: zorientowałam się, że nigdzie nie opisałam, jak Maja wygląda. Wspomniałam tylko o jej oczach i wzroście, muszę to naprawić. :D
      Nie oglądam zbyt wielu filmów... A Mulan obejrzałam dopiero niedawno. :P Ale rzeczywiście, po książkach patrząc, zamiana płci to dość częsty motyw (mam wrażenie, że najczęstszy w romansach historycznych).

      Usuń
  5. Kurczę, nie zawsze zaskoczy mi funkcja "odpowiedz".
    Trudno jest gdzieś wcisnąć opis głównego bohatera, żeby pasował. Z Arletą miałam taki sam problem, więc wcisnęłam go do czwartego rozdziału.
    Mulan obejrzałam z pół roku temu, bo przyjaciółka zrobiła mi wykład na temat karygodnych braków. No i był tam smok xD Zamiana to częsty wątek w azjatyckich dramach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie szkodzi, mnie też się zdarza. ;)
      Azjatyckim dram tym bardziej nie oglądam.

      Usuń
    2. Mój komputer zachowuje się jak złom. ><
      A mnie się czasem zdarzy - taka pozostałość z czasów gimnazjalnych xD

      Usuń
  6. Cześć, cześć :D Ale dawno mnie tu nie było. Kurczę. Wszystko nadrobię, obiecuję. ;_;
    A teraz do rzeczy - wpadłam tu z konkretną sprawą, bo powolutku zaczęłam czytać ten rozdział i a. Jestem ujęta i oczarowana typowością rozmowy Rity z Mają, ale że to nie komć właściwy, porozwodzę się nad tym potem, b. Zorientowałam się, że nie mam linku do Ciebie. I chciałam się spytać, czy ten fragment:
    "– Oboje mamy cholernie kiepski dzień – zwróciłam się do mojego gościa. – Tak, ty masz gorzej, ale w gruncie rzeczy i tak cię już nic nie obchodzi. A ja muszę się użerać z porywaczami, włamywaczami, zmiennokształtnymi i tobą, martwym. Nie wiem, które najgorsze. "
    może robić za reprezentacyjny. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skoro uważasz go za słuszny, to śmiało. :)

      Usuń