24 stycznia 2015

Sól ziemi XV

Rozdział piętnasty
A wystarczyłoby zmienić kolejność


Byłam taka wściekła, że czerwona mgiełka przykrywała mi wizję. Miałam ochotę wrzeszczeć, a zamiast tego gotowałam się w milczeniu. Patrzyłam na Roberta i miałam ochotę urwać mu głowę, a potem kopnąć samą siebie w dupę. Kompletnie zapomniałam o istnieniu tego... mężczyzny. Gdybym od razu powiedziała Marysi, kogo spotkałam i poprosiła o wytropienie go, czy sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, byłaby taka sama? Lepsza? Gorsza? 
Po kolei. 
Po nieco niezręcznych wydarzeniach w kuchni Marka pojechaliśmy do domu maga, którego zniknięcie zgłoszono przed paroma dniami. Stary Korneliusz Kosmowski był profesorem historii na magicznej uczelni i choć już wcześniej zdarzały mu się nawet dwutygodniowe nieobecności, po których wracał jak gdyby nigdy nic, to w świetle ostatnich porwaniań jego koledzy wyrazili pewne zaniepokojenie. Od kilkunastu dni nie dawał znaku życia. 
Marcel chciał go ominąć i wrócić tylko w wypadku, gdyby po jeszcze jednym tygodniu nadal nie dawał znaku życia. Ale nalegałam, aż uległ – posłużyłam się argumentem, że tak doskonały historyk może posiadać informacje odnośnie żydowskiej magii i ludzi, którzy wciąż mogli się nią posługiwać. Przede wszystkim jednak naprawdę chciałam się upewnić, czy nic mu nie jest – kojarzyłam go ze szkoły. Czasem wpadał i dawał gościnne występy na lekcjach, a my słuchaliśmy go z wypiekami na twarzach. Był żwawym, pociesznym staruszkiem z prawdziwą pasją, i choć miał nerwowy tik oka i wymachiwał ramionami jak wiatrak niezależnie od tematu dyskusji, uwielbialiśmy go. 
Kiedy stanęliśmy przed furtką, ja i Marcel popatrzyliśmy po sobie, zaniepokojeni. Nie było zaklęć ochronnych, a to nigdy nie zwiastowało niczego dobrego, nawet zanim wiedzieliśmy o Włóczni i jej właściwościach. 
Weszliśmy na podwórko; zostawiłam torbę pod standardowym żywopłotem, nie chcąc, by ograniczała mi ruchy, i poprawiłam dżinsową kurtkę, której poła zasłaniała kaburę. 
Marcel chwilę powęszył przy drzwiach. 
– Nikt nie wchodził i nie wychodził od co najmniej trzech dni – powiedział cicho i nacisnął klamkę, ale nie ustąpiła, zatem zabrał się za otwieranie zamka. Skanowałam wzrokiem teren i wślizgnęłam się do środka, kiedy skończył. Zmienny stał w korytarzu i powoli wciągnął powietrze, po czym ruszył przed siebie, nie wydając ani jednego dźwięku. Nawet podłoga nie skrzypnęła. 
Nie widział mnie, więc spróbowałam iść tak cicho jak on, ale poniosłam sromotną klęskę. 
Dom został opuszczony. Panował bałagan, ale nie wyglądał na wywołany walką. Nie było stłuczonego szkła, poprzewracanych mebli, jedynie mnóstwo brudnych naczyń pozostawionych w różnych punktach, nieuporządkowane sterty papierzysk i porozrzucane ubrania. 
Marcel wrócił do salonu, gdzie zatrzymałam się przed półką zastawioną książkami, i stanął obok mnie. Przebiegł wzrokiem po tytułach. 
– Niczego tutaj nie ma. – Sięgnął po jeden z tomów na chybił-trafił i przekartkował go szybko. Również wyciągnęłam rękę, ale powstrzymał mnie. – Nie dotykaj. Chcę sprawdzić te, które zebrały najmniej kurzu. 
– Które? 
Wskazał kilka. Wyciągnęłam cienką książeczkę bez tytułu na grzbiecie i na widok okładki moje brwi podjechały do góry. Przerzuciłam kilka kartek i podejrzenia się potwierdziły – trzymałam w ręku powieść erotyczną wątpliwej jakości. Odstawiłam ją. 
– Nic ciekawego. 
Zostawiłam Marcela sam na sam z regałem, a sama rozejrzałam się po innych pokojach. To nie był duży dom – ograniczał się do kuchni, sypialni, łazienki i salonu, który pełnił zarazem funkcję biblioteczki i biura. Pachniało zamkniętymi pomieszczeniami i starym papierem. Stanęłam w kuchni i zaczęłam zaglądać do szafek – niczego nie dotykałam, sama nie wiedząc, czego szukam. 
Marcel z zmarszczonymi brwiami czytał jeszcze cieńszą książkę w szarych okładkach. Jego palce zasłaniały tytuł.
– Coś ciekawego? 
– Niespecjalnie. Profesor chyba ma skryte upodobanie do literatury erotycznej. 
Wyjrzałam przez okno na ogród – Kosmowski miał własny ogródek, ale nie hodował w nim warzyw; naliczyłam co najmniej pięćdziesiąt rodzajów różnych ziół. Niektóre były trujące, inne nie powinny rosnąć w umiarkowanym klimacie. 
Wróciłam do kuchni. Coś mnie dręczyło, coś nie pasowało. Ta znikoma intuicja, jaką posiadałam, podszeptywała zbyt cicho, bym mogła coś zrozumieć. 
– Niczego tutaj nie ma – powtórzył Marcel, rozstając się z książeczką. – Wygląda na to, że ponownie ponownie zrobił sobie jakąś wycieczkę. Może uznał, że nie ma nic wartego kradzieży i dlatego zdjął zaklęcia. 
– Sam w to nie wierzysz. 
– Nie. – Dotknął palcem jednego grzbietu. – Ta książka była sprzedawana za grosze, kiedy ją wydano, ale kolekcjonerzy są w stanie dać za nią grube pieniądze. Ten Białorusin rzucił nowe światło na wiele spraw, ale przez komunę nakład był niewielki i posiadanie oryginału jest jak mokry sen dla każdego historyka, nawet jeśli nie jest zainteresowany epoką. 
Zmarszczyłam czoło. 
– A ty skąd o tym wiesz? 
Zawahał się, opuszek wciąż gładził książkę. 
– Moja matka znała jego wnuczkę – powiedział. – Dostaliśmy od niej kilka egzemplarzy. Sprzedawaliśmy je w trudnych czasach. 
Chyba nie byłam lepsza od niego, bo zapisałam sobie w umyśle tę informację. 
– Możemy jeszcze zajrzeć do ogrodu – zaproponowałam. 
– Nie zaszkodzi. – Minął mnie i poszedł do drzwi wejściowych. Przeszłam przez korytarz znacznie wolniej, kiedy zmienny nagle stanął w drzwiach. 
– Zatrzymaj się. 
Znieruchomiałam, patrząc pytająco. 
– Cofnij się o kilka kroków i podejdź po przodu. 
Zrobiłam, jak kazał. Drewniana klepka skrzypiała cicho przy każdym nacisku. Zbliżył się, odsunął mnie na bok i tupnął w miejsce, w którym przed chwilą stałam. 
– Hm – mruknął pod nosem. 
Nie odzywałam się, kiedy przykucnął i delikatnie popukał w podłogę w kilku punktach. Wyciągnął z kieszeni scyzoryk i ostrożnie podniósł jedną klepkę. Na widok krótkiej liny Marcel uśmiechnął się lekko. Pociągnął na próbę, ale nic się nie stało. Znowu popukał i w końcu wskazał jedno miejsce. 
– Tutaj jest zamek – oznajmił. – Potrzebuje magii, żeby się odblokować. Dosłownie iskry. Możesz to zrobić? 
– Iskierkę znajdę. – Pchnęłam krople magii w odpowiednim kierunku; odbiły się od jakiejś bariery i wróciły do mnie. Już myślałam, że się nie udało, ale ciche kliknięcie rozwiało moje wątpliwości. 
Posłał mi szybki uśmiech, podniósł klapę i płynnie wskoczył do środka. 
Pochyliłam się nad dziurą. 
– Nie zasłaniaj światła, ledwo co widzę. 
Zmieniłam pozycję, przekładając nogi przez krawędź. 
– Przesuń się. 
Nie zrobił tego. Złapał mnie za biodra, ściągnął w dół i postawił na podłodze obok siebie. 
– Jest tu głębiej, niż byś się spodziewała. 
Popatrzyłam na dystans pomiędzy czubkiem jego głowy za sufitem. Rzeczywiście, nie spodziewałabym się tego po piwnicy. Zerknęłam wyżej, na kwadrat światła nad nami – przy pewnych staraniach mogłabym go sięgnąć, ale podciągnięcie się zdecydowanie przekraczało moje możliwości. 
– Już wiem, czego mi brakowało w tym domu – powiedziałam. – Profesor ma mnóstwo ziół, widziałam kilka książek alchemicznych, a żadnej pracowni. Nie warzysz eliksirów we własnej kuchni. Nawet ja mam wydzielony pokój. 
– Piwnica chyba nie jest najlepszym wyborem. 
– To zależy. – Dotknęłam zimnej ściany; przeskoczyła iskra tak delikatna, że nie byłam pewna, czy jej sobie nie wyobraziłam. – Za jakimś sześćdziesiątym centymetrem pod ziemią magia lepiej kursuje i taka mała przerwa jak piwnica nie wpływa na jej prądy, a twoje twory mogą okazać się znacznie lepszej jakości. 
– A opary? 
– Piwnica nie wyklucza okien. No i można wykopać wentylację. Kamienny grill albo kominek nieźle maskują ewentualny dym. 
Moje oczy powoli się przyzwyczajały do ciemności; piwnica zdawała się być lustrzanym odbiciem góry. Staliśmy w krótkim korytarzyku, który miał dwoje drzwi po jednej stronie i jedne po drugiej. 
Aż powiedziałam to na głos. 
– Co?
– Nic, po prostu śmiesznie to brzmi. 
– Nie, wcale nie. 
Wzruszyłam ramionami. 
– Gdzieś tu powinien być magiczny włącznik. 
Skinął głową na lewo. Dotknęłam okrągłej wypustki i posłałam w niego impuls. Nic się nie stało. 
– Sufit się trochę rozjaśnił – zauważył Marcel. Ściągnęłam brwi. 
– Magiczne światło to obieg otwarty. 
Zacisnął szczęki. 
– Zatem nasi przyjaciele z samozwańczej inkwizycji musieli tu zawitać. 
Podszedł do samotnych drzwi, otworzył je, pociągnął nosem i szybko je zamknął. 
Przeszył mnie lęk. 
– Co... 
Kichnął. I znowu. 
– Składzik do suszenia ziół – zdążył powiedzieć, po czym nastąpiło kichnięcie. – Cholera jasna! 
Podałam mu chusteczki. 
– Dzięki. – Podał mi swój telefon. Kichnięcie. – Z boku masz przycisk, który włączy latarkę. Rozejrzyj się po tamtym pomieszczeniu. 
Odwrócił się i dopiero wtedy wyczyścił nos. Kusiła mnie uwaga o pokazywaniu pleców, ale ugryzłam się w język. 
– A ty?
Wyciągnął z kieszeni latareczkę wielkości kciuka. Żarówka nie miała osłonki. Zamrugałam. 
– Łał. Koty naprawdę nie potrzebują wiele światła, żeby widzieć. 
– To prawda – przyznał, jego oczy zalśniły żółto i otworzył kolejne drzwi. – To pracownia alchemiczna. 
– Zatem mnie się pewnie trafiła piwniczka z przetworami i składzik na rupiecie – mruknęłam. 
Nie pomyliłam się aż tak bardzo. To rzeczywiście był składzik, ale zajmował może jedną piątą pomieszczenia, upchnięty tam byle jak. Reszta pomieszczenia została przeznaczona na szpitalny stół ze smutno pochyloną nad nim lampą, wąską szafę oraz cicho buczącą zamrażarkę. 
Na stole ktoś leżał pod cienkim prześcieradłem. 
Nagle język przykleił się do podniebienia. Chciałam zawołać Marcela, ale po otwarciu ust nie uleciał z nich żaden dźwięk. Przełknęłam lepką ślinę i zrobiłam ostrożny krok do przodu – może tylko mi się wydaje, może to wcale nie jest osoba, tylko dziwnie ułożone śmieci... Światło latarki bywa zwodnicze. Prawda? 
Jeszcze trochę bliżej... Czułam serce w gardle. To był człowiek, to musiał być człowiek. Bałam się odsunąć materiał, więc zamiast tego ominęłam stół szerokim łukiem i otworzyłam szafę. 
Za chwilę. Za chwilę. Może Marcel zdąży przyjść. Za chwilę. 
Na wieszakach wisiały trzy zestawy ubrań, na dnie stało tekturowe pudełko. Zajrzałam do środka; kilkadziesiąt grubych notesów i zeszytów. Czyżby dzienniki? Kolejny szeroki łuk; podeszłam do zamrażarki i trzymając telefon w zębach, szarpnięciem podniosłam klapę. 
Przez dłuższą chwilę patrzyłam na zawartość. Cofnęłam się, drzwiczki opadły z trzaskiem, który rozerwał ciszę. W drzwiach natychmiast pojawił się Marcel. 
– Coś nie tak? 
Popatrzyłam na niego szeroko otwartymi oczami i wskazałam lodówkę. Zatrzymał się na chwilę przy stole, ale widać uznał, że skoro byłam bardziej zainteresowana czymś innym, on też powinien. 
Zajrzał do środka. 
– Hm. Wygląda na to, że znaleźliśmy Kosmowskiego. 
Tak, poznałam tę twarz. Patrzyła na mnie ze stosu ułożonego z rozczłonkowanego ciała, upchniętego obok starannie posegregowanych i opisanych woreczków z myszami. Siwe włosy, niechlujny zarost – zapewne pokazał się po śmierci, bo profesor był zawsze gładko ogolony – i mętne, poszarzałe oczy, lśniące szkliście. Usta zostały zaklejone srebrną taśmą. 
Marcel zamknął zamrażarkę i podszedł do stołu. Zmusiłam się do nabrania głębokiego oddechu, bo mroczki zaczęły wirować przed moimi oczami. Zmiennokształtny pochylił się nad ciałem.
– To nie jest trup – orzekł. 
– Nie? – pisnęłam wysokim głosem. 
Rzucił mi badawcze spojrzenie i odsunął prześcieradło. 
Przez długi moment mój mózg pracował ociężale, jakby zalany miodem, ale kiedy powiązałam twarz z osobą, zalało mnie niedowierzanie i wściekłość. 
– Wygląda na to, że znaleźliśmy golema – ogłosił Marcel. 
– O kurwa – odparłam. 
Zerknął na lodówkę. 
– I przypuszczam, że jego mistrza też, choć raczej nie wyda mu już żadnego rozkazu. 
– Ja go znam. 
Zyskałam absolutną uwagę zmiennego. 
– Tydzień temu byłam na dyskotece – powiedziałam, zaskakująco spokojna. – Przedstawił się jako Robert. Rozmawialiśmy, kupił mi drinka. Otruł mnie, więc się zmyłam. Potem mnie śledził, ale Maja podjechała i się zabrałyśmy. 
Zmrużył oczy. 
– Otruł cię? 
Patrzyłam na znajomą twarz, przypominając sobie wszystko, co mnie w nim niepokoiło. Gładka gadka przy jeszcze gładszej twarzy... 
– Pigułką gwałtu albo czymś takim – mruknęłam. Odwróciłam się na pięcie i ponownie otworzyłam zamrażarkę; tym razem popatrzyłam na głowę Korneliusza bez żołądka podchodzącego do gardła, a z gniewem. – I to ten sukinsyn kazał mu to zrobić?! 
Wyciągnęłam telefon, zrobiłam Korneliuszowi zdjęcie i wysłałam je do Mai wraz z adresem. Czy raczej próbowałam, bo smartfon poinformował mnie uprzejmie, że niestety jestem poza siecią. Wymaszerowałam z pomieszczenia, podniosłam rękę w kierunku dziury w podłodze, poczekałam na kreskę zasięgu i dotknęłam wyślij. 
– Co ty wyrabiasz? 
Wróciłam do Marcela i ściągnęłam z Roberta – z golema prześcieradło. 
– Nie dotykaj głowy – poinstruowałam zmiennego. – Maja będzie w stanie z niej coś wyciągnąć, wiem to. 
Właśnie całkiem otwarcie powiedziałam mu, że Maja zna się na uprawianiu nekromancji. To nie jest coś, czym się chwalisz, szczególnie jeśli nekromantą nie jesteś. 
– I nikomu ani słowa – dodałam na wszelki wypadek. 
Uniósł obie dłonie. 
Powiodłam dookoła światłem latarki. Grób Komowskiego musiał być zarazem miejscem, w którym powołał golema do życia, bo po przyjrzeniu się podłodze i sufitowi dostrzegłam na betonie wymalowane czarną farbą bliźniacze kręgi. Poprawka, nie bliźniacze – podłogowy był zniszczony przez wielką plamę zaschniętej już krwi. 
– Już rozumiem, czemu nie wyczuli, że golem się zbliża – odezwał się Marcel. – Pachnie ziemią. Wewnątrz budynku może wydać się to dziwne, ale nie aż tak, żeby zareagować. A oni byli w ogrodzie. 
Stanęłam nad głową Roberta i popatrzyłam na jego twarz. Dotknęłam tego nieco zbyt długiego nosa i lekko go potarłam, potem dotknęłam policzka. Skóra miała prawidłowy kolor i była gładka, choć nieco wilgotna, prawdopodobnie przez leżenie w piwnicy. Nacisnęłam. Opór nie był prawidłowy, ale kto zwróciłby na to uwagę? Pokręciłam głową. 
– Nie mam pojęcia, jak to zrobił. 
– Wygląda jak prawdziwy człowiek. – Marcel również się pochylił i powtórzył mój gest. – Przynajmniej na twarzy i dłoniach. 
Miał rację. Głowa golema i jego ręce były doskonałe – chociaż ten brak zmarszczek był niepokojący – ale cała reszta była uklepana tylko pobieżnie, by oszukać w pełnym ubraniu, ale na pewno nie bez niego. Od obojczyków i połowy przedramion zaczynało się szarobure ciało, które musiał ulepić ktoś znacznie mniej utalentowany. W niektórych miejscach było widać było odciski palców. Przymierzyłam własne; były sporo mniejsze i prostsze. 
– Zawsze latały mu ręce i koszmarnie rysował – przypomniałam sobie. – Nie mógł sam tego ulepić. Wyrzeźbić? 
Marcel wciągnął powietrze tuż przy uchu golema, a potem zrobił to samo koło dłoni. 
– To nie ten sam surowiec, ale też pachnie ziemiście. I magią, ale bardzo słabo. 
Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że obawiałam się, iż głowa zatknięta na szarych ramionach należała niegdyś do człowieka. 
– Myślisz, że to ten sam golem, który porywał ludzi? 
– Wątpię. To byłoby zbyt proste. Poza tym z opisów świadków wynika, że powinien być sporo większy. I na pewno nie miał tak ładnej buźki. 
– Ludzki mózg to dziwne urządzenie – powiedziałam. – W stresie wszystko się miesza. Żółta kurtka staje się czerwoną. Golem mógł się wydawać większy niż rzeczywistości. 
Potrząsnął głową. 
– Nie zmiennokształtni. Mamy świetną pamięć, nie mieszają się nam fakty. Można wyćwiczyć ją do niemal ejdetycznej. – Wykrzywił się z niespodziewaną ironią. – Dlatego wszelkie spory ciągną się przez pokolenia. 
Świetnie. Mogłam pożegnać się z myślą, że Marcel zapomni o moich potknięciach. 
– Zrób mu zdjęcie – nakazał. – Na wszelki wypadek pokażę je dzieciakom Cyrusa. 
Wyszło nawet gorzej niż zdjęcie Kosmowskiego, ale powinno wystarczyć. Marcel zostawił golema i przykucnął przed stertą pod ścianą. Zaczął rozdzielać przedmioty, kładąc je w trzech kupkach. 
Popatrzyłam na szafę. 
Usiadłam na betonie, wyciągnęłam pudełko i rozłożyłam przed sobą wszystkie zeszyty. Zaczęłam od wyglądającego najstarzej – kartki były pożółkłe, tusz wyblakł. Ostrożnie przerzucałam kartki, przelatując wzrokiem po literach. Historyk mógł pochwalić się eleganckim pismem.
Notatki nie pojawiały się zbyt często i były raczej krótkie. Pierwsza została opatrzona datą sprzed niemal czterdziestu lat i zawierała suchą informację, że poprzedni dziennik wykończyło zalanie piwnicy, zatem Korneliusz postanowił zbić półki i na nich wszystko ustawiać. Reszta opisywała pokrótce mnóstwo wydarzeń, które z mojego punktu widzenia nie miały żadnego znaczenia – narodziny wnuka, spotkanie z poważanym profesorem historii, odznaczenie na uczelni, ale także zupełnie błahe wspomnienia i notatki. Najdłuższy – stronicowy – wpis został poświęcony wyborowi nowych tapet do salonu. 
Dziennik obejmował okres nieco ponad dwóch lat. Szybko przeliczyłam resztę – później Kosmowski musiał albo bardziej się rozpisywać, albo częściej zamieszczał nowe wpisy, bo zeszytów zamiast około dwudziestu było czterdzieści. 
Zerknęłam na Marcela. Nie wyglądał, jakby się śpieszył z segregacją, zatem ja również bez nerwowości zajęłam się swoją częścią. Jednak potem nie zagłębiałam się już zbyt dokładnie w treść, a szukałam słów kluczowych. 
– Jak długo zajmie Mai dotarcie tutaj? – zapytał Marcel po jakichś dwudziestu minutach i czterech notatnikach. 
– Nie wiem. Jeśli nie miała żadnych zajęć, powinna się zjawić za jakiś kwadrans. 
Bez słowa wrócił do pracy. 
Coś interesującego pojawiło się w dziewiątce, nieco za połową. Korneliusz wspomniał, że spotkał Żyda z długoletnią tradycją magiczną, której udało się przetrwać wojnę. Byłby szczęśliwy, gdyby mógł zbadać jego księgozbiór, ale Żyd – nie zostało wymienione nazwisko – stanowczo odmówił. Profesor wyraził swoje oburzenie, ale nie naciskał. 
Wyprostowałam się, czując nagły przypływ energii. Od lat nie czytałam z latarką w ręku i wyglądało na to, że zrobiłam się nieco za stara, bo czułam coraz większe znużenie. A może to lektura była mało porywająca. 
Ponownie Żyd już się nie pojawił, przynajmniej nie w dziewiątce. Jedenastka skończyła się, zanim w ogóle na dobre zaczęła – po kilku stronach pojawił się wpis ze stycznia 1993 roku: Żona umarła. W końcu mogę przestać pisać te pieruńskie dzienniki. 
Popatrzyłam na pozostały zbiór. 
Nowa seria zaczynała się w 2001 roku znacznie gorszym pismem i zapewnieniem, że nie mamy do czynienia z pamiętnikiem, a dziennikiem badawczym. Z pierwszego wpisu bił taki entuzjazm, że był niemal niezrozumiały – dopiero następny rzucił nieco światła. Najwyraźniej stary Żyd umarł i, ponieważ zaprzyjaźnili się przez te wszystkie lata, przepisał Korneliuszowi swoją bibliotekę. Historyk nie mógł się doczekać, co uda mu się wyciągnąć z tych wszystkich książek, ale odniosłam wrażenie, że chodziło mu o potencjalne wnioski o tej zamkniętej, tajemniczej społeczności, a nie zaklęcia. Nawet jeśli pisał o rytuałach, to w perspektywie historycznej i kulturowej. O golemie prowadził rozważania wyłącznie jako legendzie z praskiej synagogi. 
Zmieniło się to przy numerze dwudziestym, w listopadzie 2005 roku. 
Nie mogę w to uwierzyć, zapisał. Mam raka.
Siedzieliśmy tu niemal godzinę. Marcelowi udało się pozbyć połowy góry. Wysłałam Mai jeszcze jedną wiadomość i wróciłam do lektury. 
Pierwsze wpisy przepełniała wściekłość, frustracja i niedowierzanie, które z czasem zaczęły przekształcać się w obsesję na punkcie wyzdrowienia. Kosmowski nie chciał umierać – nie zamierzał nikomu przekazać żydowskiego księgozbioru, ta praca miała należeć do niego! 
Dwa lata spędził, odwiedzając przeróżnych medyków, ale żaden nic nie wskórał, zatem zaczął szukać pomocy w żydowskiej magii i zielarstwie. Kolejne dwa lata skupiał się wyłącznie na sztuce lekarskiej, zapełniając notatkami osiem kolejnych dzienników. Coraz bardziej znudzona, przelatywałam wzrokiem przez strony, obiecując sobie w duchu, że później przejrzę je dokładniej. 
Prawie przegapiłam najważniejszy wpis ze wszystkich. Zwróciłam na niego uwagę wyłącznie dlatego, że w oczy rzuciło mi się słowo, z którym byłam bardzo oswojona, a które nie powinno się tam znajdować. 
Moje imię. 
Imię na tyle osobliwe, że wątpiłam w przypadek. 
Zamarłam i zerknęłam na Marcela. Był odwrócony plecami, skupiony na swoim zadaniu. Opuściłam wzrok na kartki. 

12 kwietnia 2009
Byłem świadkiem czegoś niezwykłego. Siedziałem w parku, kiedy na polankę w dołku wbiegła dziewczyna. Nie zauważyła mnie, bo choć ukryła się za krzakiem, ja widziałem ją bardzo dobrze. Natychmiast zaczęła się rozbierać, czym zyskała moją uwagę. Planowałem coś do niej krzyknąć, ale wtedy się przemieniła. Nie jak zmiennokształtna, zmieniła się w innego człowieka. Nagle na miejscu chudej dziewczyny z nijakimi włosami stała postawna brunetka. Założyła granatową sukienkę i opuściła polanę. Wciąż siedziałem w tym samym miejscu, gdy wróciła i powtórzyła proces w drugą stronę. Chuda ubrała się w spodnie i podkoszulek, po czym uciekła. 
Nie była to iluzja, nie czułem żadnej magii. Przyjęła postać zupełnie innej osoby i to wymagało wysiłku. Zanim odeszła, zjadła trzy duże kanapki, chwiała się i prawie upadła. Znam tę twarz, twarz chudej dziewczyny, ale nie pamiętam, skąd. 

15 kwietnia 2009 
Udało mi się znaleźć garść informacji o tym, czym dziewczyna może być. 

30 kwietnia 2009 
Wiedziałem, że znam tę twarz. Przypomniało mi się, gdy kładłem się spać – to dziewczyna, którą przyłapałem na spaniu na lekcji. Nie toleruję tego. Muszę poszukać jej imienia. Czy zgodziłaby się przybliżyć mi nieco swoje zdolności? 

9 maja 2009
Nazywa się Rita Mruczowska. Przypomniałem sobie, że rozmawialiśmy o jej patronce z imienia. Powiedziała, że się nadaje i jej rodzice wiedzieli, co robią. Czy miała na myśli morfowanie? Ze skąpych źródeł wynika, że to zabójcza zdolność, choć bardzo przydatna. Być może dlatego spała. 

20 maja 2009
Morfy są pod pewnym względem podobne do zmiennych, z zupełnie innych przyczyn. Ponieważ ich komórki cały czas się zmieniają, są odporni nie tylko na choroby, a także na zaklęcia. Włos z głowy morfa po tygodniu ma z obecną strukturą włosia tak niewiele wspólnego, że najpotężniejsza klątwa może co najwyżej wywołać lekkie wymioty. 
Morfy prawie nigdy nie wymiotują. Każda cząstka pokarmu jest istotna. Ich organizmy nawet z zabójczej trucizny wyciągną przydatne składniki, a cała reszta zostanie wydalona bez znacznej szkody. 

31 maja 2009
Badacz odnotował, że praktycznie każdego morfa spotyka przedwczesna śmierć, mają słabe kości, cierpią na zaniki mięśni i są ciągle zmęczeni. Zupełnie jak mój rak. Pisze jeszcze o chorobach psychicznych, ale ten fragment jest niejasny. Prawdopodobnie nie wiedział wiele. 
Gdyby wyeliminować te minusy, otrzymalibyśmy gatunek (?), który mógłby rządzić światem. 

22 czerwca 2009
Dziś czuję się znacznie gorzej niż ostatnio. Magia znacznie powstrzymuje rozwój raka, ale nie załatwi sprawy całkowicie. Recepty, które wytworzyłem na podstawie żydowskiej sztuki, albo zabijają moje myszy, albo nie mają żadnych efektów. Czegoś brakuje. Może źle tłumaczę? 

27 czerwca 2009
Przeglądam moje stare dzienniki. Jeśli morf zachorowałby na raka, pewnie by tego nawet nie zauważył, bo jego ciało wymieniłoby się na nowe albo pożarło komórki choroby. Poza raz pierwszy żałuję, że zostałem historykiem, a nie alchemistą.

6 lipca 2009 
Dziewczyna morf przyniosła mi rozwiązanie. Muszę wziąć z niej przykład i stworzyć sobie nowe ciało.  

8 lipca 2009
Wracam do badań o golemie. 

Z Kosmowskiego kiepski był pisarz, ale żadne fragmenty nie dostarczyły mi tylu emocji na raz. Przekartkowałam szybko resztę zeszytu, ale wyglądało na to, że choć pojawiało się jeszcze wspomnienie morfa, moje imię ponownie nie padało. Przynajmniej w tym dzienniku. 
Korneliusz po spotkaniu ze mną porzucił myśli o znalezieniu leku i zamiast tego zapragnął zbudować sobie ciało – wykorzystując do tego żydowską magię, oczywiście. Nie wiedziałam, co miał golem do tego, przecież kontrola nad nim sprowadzała się do wydawania rozkazów, a nie sterowania nim osobiście. Najbliższy efekt dawało opętanie, ale trzeba było upaść naprawdę nisko, by próbować przeprowadzić ten rytuał. Żaden magiczny nie pchał się w kontakty z piekielnymi. 
Czy po poniesieniu porażki usiłował wykorzystać golema, by i mnie uprowadzić? Liczył, że wyciągnie ze mnie tajemnicę? I czy to on sam stał za wszystkimi porwaniami? 
Popatrzyłam na lodówkę. Nie, raczej nie. Ale jasna odpowiedź czekała w mózgu historyka albo pozostałych dziennikach. 
– Coś ciekawego?
Zupełnie zapomniałam o Marcelu. Przyglądał mi się przez ramię. 
Nie może położyć rąk na tych notatkach.
– Trochę – powiedziałam. – Trafiłam na moment, w którym zaczął rozważać stworzenie golema. Ale jeszcze długa droga przede mną. 
– Zaraz skończę i ci pomogę. 
Nie. Zacisnęłam palce na okładkach. 
– Nie ma potrzeby – zapewniłam. – Używa dziwnych skrótów myślowych i trudno się w nich połapać na początku. 
Poczekałam, aż się odwróci, i wtedy szybko wetknęłam dwudziesty ósmy dziennik za pasek spodni na plecach. Kurtka powinna go zasłonić. 
Z mocno bijącym sercem sięgnęłam po następny zeszyt, ale wtedy usłyszałam znajomy rytm kroków. Marcel zostawił składowisko – zostało go już naprawdę niewiele – i wstał. 
– To Maja – uspokoiłam go. 
Stanęła przejściu, elegancka i zdystansowana, niepasująca do ciemnej piwnicy. Musnęła spojrzeniem Marcela i lekko skinęła mu głową. Odpowiedział jeszcze bardziej powściągliwie. Ale to chyba postęp? Strzyga popatrzyła na mnie. 
– Wysyłasz mi takie urocze SMS-y – powiedziała sucho. – Zwłaszcza pierwszy zyskał mój zachwyt. 
– Czemu zajęło ci to tak długo? – W pytaniu Marcela nie brzmiała pretensja, raczej ciekawość. Może dlatego udzieliła mu dość satysfakcjonującej odpowiedzi. 
– Jestem pewna, że zrozumiesz. Jako zastępca Jakuba mam swoje obowiązki, szczególnie w tym czasie w miesiącu. 
– Pełnia – zrozumiał. 
– Owszem. – Uniosła czarną torbę. – Poza tym zebranie odpowiedniego wyposażenia nie należy do najprostszych zadań. Moje predyspozycje do podnoszenia są nikłe. 
Popatrzyłam na dzienniki, potem na Maję. Pozornie nie zwróciła na mnie uwagi, ale wiedziałam, że odebrała przekaz. Marcel miał ostatnią okazję, żeby oglądać zapiski Kosmowskiego. 
Podeszła do stołu i spojrzała w dół bez specjalnego zainteresowania. 
– Jak rozumiem, znaleźliście golema i jego mistrza. 
– Tak, ale to wątpliwe, by to on stał za porwaniami. – Być może odpowiedź była w późniejszych zeszytach, ale nie chciałam ściągać na nie uwagi Marcela. Rytuał, kilka pytań i wszystko będzie jasne. Po co zagłębiać się w nieistotne szczegóły. 
Miałam nadzieję, że animowany trup nie wymieni mojego nazwiska. Po tym, co widziałam, wcale nie byłam taka pewna, czy Maja wygrałaby ewentualne starcie ze zmiennym tygrysem. A na pewno próbowałaby mnie obronić. 
Otworzyła zamrażarkę i przez chwilę przyglądała się wnętrzu.  
– Przekonamy się. – Przyklękła na podłodze poza kręgiem i zaczęła wyciągać narzędzia. – Muszę się przygotować. Obmyślcie jak najbardziej precyzyjne pytania, najlepiej tak-nie. 
Oczywiście jak na zawołanie w moim umyśle zapanowała pustka. Popatrzyłam na nieruchomego Roberta. Trudno oddzielić imię od tej... istoty.
– Czy powie nam imię? 
Maja na chwilę przerwała. 
– Muszę obejrzeć jego mózg, sprawdzić, ile zostało w nim potencjału, ale na tę chwilę myślę, że tak. Jednak to pewnie będzie jedyna odpowiedź, jaką otrzymamy. – Wznowiła czynność. – Ale to nie jest najlepszy pomysł. Jeśli w myślach określał osobę pseudonimem, właśnie to usłyszymy. 
Znowu zapadło milczenie. Myśleliśmy intensywnie, podczas gdy Maja nakreśliła kredą krąg i opisała jego brzegi, uważnie kopiując symbole z cienkiej książeczki. Na środku ustawiła trójnóg zakończony ostrym szpikulcem, skierowanym pionowo w górę. Wyciągnęła miskę i nalała do niej wody. Czekało ją jeszcze starcie ziół; szeroki moździerz zgrzytał cicho, gdy tarła składniki na pył. 
– Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, o co możemy go zapytać. 
– Czy golem na stole porywał ludzi – powiedział Marcel. – Jeśli nie, to czy tym innym zarządza wysoko postawiona osoba. 
– To drugie chyba zbyt ogólne. – Potarłam czoło, potoczyłam wokoło wzrokiem, szukając inspiracji. 
– Czy jest żywy ktoś, kto zna tożsamość porywacza? 
Zamyśliłam się. 
– To dobre. Ale czy nie wymieni jego samego? 
– Nie – wtrąciła się Maja. – To człowiek, nie żywiołak. W dodatku martwy człowiek. Nie będzie szukał dziury w całym. 
– Zatem mamy dwa pytania. – Przygryzłam policzek. – Czy... czy to magiczny, jeden z nas. 
– Według mnie to pewne. 
– Zobaczymy. – Maja wstała. – Nie trzeba być magicznym, żeby rozkazywać golemowi. 
– Ale by go stworzyć, tak. 
Podeszła do zamrażarki i wyciągnęła głowę. 
– Dobrze, że to była dekapitacja – stwierdziła. – Oszczędziło części pracy. Potrzymaj go, proszę, w ten sposób. Staraj się pozostać nieruchomo, nie chcę uszkodzić mózgu. 
Marcel skrzywił się. 
– Zaczekaj chwilę. – Zebrał zrzucone na ziemię prześcieradło i owinął nim dłonie. – Teraz daj. 
– Czy do porywacza można dotrzeć przez zarządy frakcji – mruknęłam. – I czy inkwizytorzy działają z ręki Kościoła. 
– Nie odzywajcie się przez chwilę. – Maja wciągnęła cienkie lateksowe rękawiczki i wyjęła skalpel. – Muszę się skoncentrować. Poświeć mi, Rita. 
Palce Mai zalśniły niebieskawo, a potem rozjaśniło się ostrze. Wypuściła ze swojego ciała magię i skierowała ją w metal, by ciął z precyzją lasera. To mogłaby być przydatna broń, gdyby nie fakt, że wymagała ogromnego skupienia, zbyt ogromnego, by wykonać cokolwiek poza nieskomplikowanymi czynnościami. 
Maja zagłębiła ostrze nieco powyżej brwi Kosmowskiego i pociągnęła w lewo. Zamrożone ciało wydało kilka cichych trzasków i syknięć, uniosła się strużka pary, ale pół-strzyga nie zawahała się. Płynnymi ruchami zatoczyła pełny krąg, tnąc kości czołową i ciemieniową, jakby były z papieru. Odłożyła skalpel i bardzo delikatnie uniosła oddzieloną część czaszki. 
Naszym oczom ukazał się mózg. Nie stanowił specjalnie porażającego obrazu – nie był uszkodzony, cała krew i masa zamarznięte na kamień – ale i tak poczułam się dość... niekomfortowo. 
Maja wyjęła telefon z mojej dłoni i przez chwilę studiowała widok. 
– Zdążymy zadać dwa pytana – orzekła. 
– Czemu tylko dwa? – Marcel popatrzył na mózg takim wzrokiem, jakby chciał wydusić z niego odpowiedzi niezależnie od stanu, w jakim się znajdował. 
Cóż, skoro KGB zmuszało kamienie do mówienia... 
Maja nagle spojrzała na mnie ostro. 
– Wszystko w porządku? 
– Tak. Czemu pytasz? 
Przez chwilę przyglądała mi się w napięciu, ale skoro nie wykonałam żadnego podejrzanego ruchu, odpuściła. 
– Coś mi się tylko wydawało, jak sądzę. – Odpowiedziała na pytanie: – Jest trochę zniszczony. Nie wrzucili go od razu do lodówki. Nabij głowę na kolec, kiedy dam ci znak. – Podeszła do trójnogu. Nucąc inkantację, wsypała starte zioła do wody, ukłuła się w palec i pozwoliła, by kropla krwi spadła do miski. Wyciągnęła długą zapalniczkę. Wedle wszelkiej logiki woda nie powinna się palić, ale ta hajcowała się aż miło, błękitnym płomieniem. – Marcel. 
Zmiennokształtny postąpił do przodu, potężny spazm przeszył całe jego ciało i mężczyzna opadł bezwładnie na beton. 
Maja zamrugała jak sowa. 
Marcel szarpnął się. Przewrócił się na plecy, wyprężył, wrzasnął-ryknął, huk niemal mnie ogłuszył. Mięśnie się napięły, cień futra przebiegł po jasnej skórze. Z palców wystrzeliły pazury. 
– Marcel?! 
Złapał się za pierś i rozerwał ją jak starą koszulę. 
_____________

Ta-da. Kto nie lubi Marcela, może rozkoszować się jego bólem. 
Udało mi się nastukać kilka rozdziałów do przodu (sesja zaraz, to wiadomo, że produktywność osiąga najwyższy poziom), zatem postanowiłam wstawić ten nieco szybciej niż po upływie miesiąca, jako rekompensatę za spóźnienie ostatnim razem. 

15 komentarzy:

  1. Miałam iść wcześniej spac. Ale nie pójdę. Coś mnie tknęło, żeby zerknąć, i przeczytam, choćby nie wiem co! <3
    (Poprzedni pochłonęłam wtedy, kiedy obiecałam, ale weny na komentarza nie było i nie ma, więc chyba rozdział XIV musi obejść się ze smakiem.)
    Wrócę wkrótce!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pierwszej chwili pomyślałam łatdehel, bo zegar przy komentarzu pokazywał jakąś trzynastą. Teraz naprawiłam. Ale nadal uważam, że to trochę za wcześnie, żeby spać. :D

      Usuń
    2. Kiedy się wstaje o piątej, to 22 jest pora w sam raz do kładzenia się :P jak zawsze bardzo mi się podobało ^^

      Usuń
    3. To ja jestem masochistką, jak wstaję o szóstej to kładę się o drugiej, trzeciej. :D W nocy jest najfajniej, o.

      Usuń
  2. Heeeej :)
    To jaaaa ;D
    Bardzo, ale to BARDZO mi się podobało :D
    Kurczę! A już myślałam, że Marcel dowie się prawdy o Ricie ;)
    Czekam z wytchnieniem na to wydarzenie XD
    Ale się porobiło ostatnio :D Nieźle :D x1000...itd.
    Weeeenyyyy <3 POZDRAWIAM!!! :D :D :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze trochę zostało, zanim Marcel się dowie i wyłoży kawę na ławę, ale na razie mogę powiedzieć, że zniknięcie dzienników, a szczególności jednego konkretnego nie przeszło niezauważone. ;)
      Pozdrawiam także! :)

      Usuń
    2. Już nie mogę się doczekać! :D

      Usuń
  3. Wooah, ale mi się podobało! Przyznam, że ja też strasznie przeżywałam, to czy Marcel juz się dowie ^^ ej, nie krzywdz mi go :c może jestem zbytnią optymistką, lecz cały czas liczę na happy end, z jakimś romantycznym pojednaniem zmiennego z Rita <3 mogłabym czytać i czytać, wiec bardzo mnie cieszy pomysł wcześniejszego wypuszczenia rozdziałów ^^ chyba przeczytam jeszcze raz, od nowa :v
    z pozdrowieniami,
    Paula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak napisałam, to by było za szybkie, za proste. Będzie musiał wysilić własne komórki mózgowe. ;)
      Do końca jeszcze sporo zostało, choć zdecydowanie przekroczyliśmy już połowę objętości. Jak to będzie ostatecznie wyglądać - przekonasz się, ja nic nie zdradzam. :)

      Usuń
  4. Ehhh nie mówił Ci ktoś kiedyś, że masz straszliwe sadystyczne skłonności? :P liczę, ze przekroczylas połowę, lecz tylko 1. z części?:D ja także życzę weny, własnych muz itd. ^^ powodzenia! :)
    Paula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kontynuacja gdzieś tam dryfuje z tyłu głowy, jak wpada mi jakiś pomysł to zapisuję na przyszły użytek, ale póki co przede wszystkich chcę zakończyć Sól. Potem się zobaczy. Może spróbuję czegoś nowego. :) (Wrócę do parodii...?).

      Usuń
  5. Jestem ogromnie niezadowolona z zakończenia w tym momencie. Było pięknie, nie miałam pojęcia, kiedy w ogóle skończyłam czytać, ale poważnie, destrukcjo. Poważnie. Nie kończy się w chwili, kiedy Marcel vel granatowy tygrys rozrywa sobie pierś. Tak się normalnie, po ludzku nie robi!
    Głowa profesora w lodówce była równie nieetyczna. Wyobrażam sobie teraz cały dzień zamrożoną głowę przypadkowego gościa w lodówce i zastanawiam się nad jej konsystencją - ponawiam pytanie, dlaczego? D:
    Podobał mi się ten rozdział, aczkolwiek uważam, że był zdecydowanie za krótki. Przez cały czas nie działo się nic szczególnego (a bardzo pragnęłam, by się działo), a kiedy pomyślałam "łohohoho Marcel pocierpi", zostały mi odebrane sadystyczne możliwości kontemplacji zmiennokształtnego cierpienia.
    Co mnie zaintrygowało to wątek morfów w badaniach pana historyka ORAZ jak długo Ricie uda się ukryć ten dziennik i zarazem swoją tożsamość. Bo na pewno nie długo - przecież to Rita XD Swoją drogą, lubię, gdy rozdziały zaczynają się takim BACH!, a potem wracamy do początku i tłumaczymy wszystko. To zawsze wzmaga we mnie ciekawość.
    Natomiast co do mojego chodzenia spać, byłam wtedy w połowie rzeczy do zrobienia i pomiędzy sprawdzaniem przywilejów szlacheckich w internetach a robieniem zadania o szalonych paniach sekretarkach z matematyki, zajrzałam na Sól. Niestety nie szłam spać :< Zaanonsowałam tylko, że jestem, widzę i czytam. Do teraz żałuję, że nie zakrzyknęłam w komentarzu "PIERWSZA" - ależ to byłoby osiągnięcie :3
    W każdym razie czekam niecierpliwie na kolejny rozdział i ponaglam, oooo, ponaglam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam. :c Pocieszę cię, że w następnych rozdziałach nie ma cliffhangerów, miał być, ale uznałam, że to chamskie i bez sensu, zatem zmieniłam. A ucięte głowy będą, co prawda w lodówkach nie zdążą poleżeć za długo, ale będą.
      Ano krótki, też wolałabym, żeby były dłuższe, ale zarazem nie chcę, żeby dział się w nich pizdyliard rzeczy. W całości to trochę inaczej wygląda...
      Ej, czemu przecież Rita? Myślałam, że wykreowałam ją na inteligentną osobę. xD
      O, edukacja po raz kolejny okazuje się suczą i męczy biednych ludków. :(
      Następny rozdział też zapewne pojawi się wcześniej niż w ciągu miesiąca, udało mi się nieco napisać do przodu. :)

      Usuń
    2. Cudnie! Pamiętaj, że luty jest krótki - nie ma to tamto.
      Rita jest bardzo inteligentna, ale nie ukrywajmy, że ma ponadprzeciętny talent popełniania drobniutkich (czasem mniej drobniutkich) gaf XD Po prostu czuję w kościach, że to wyjdzie na jaw w jakiś bardzo ritowy sposób.
      Ucięte głowy? Brzmi jak marzenie! <3 im więcej destrukcji w destrukcji tym lepiek.

      Usuń
    3. Pamiętam, pamiętam, liczę publikacje w tygodniach, a nie po tożsamych datach.
      Hej, każdy by zaliczył jakieś wpadki. Z ludźmi, z którymi Rita spędza najwięcej czasu, nie musi się kryć, zatem jest trochę nieprzyzwyczajona i nawet nie wie, że niektóre jej działania są nieco... dziwne. :P

      Usuń