17 lutego 2015

Sól ziemi XVI

Rozdział szesnasty
Liściaste koszule są obecnie w modzie


Marcel miotał się przez jakieś trzy sekundy, nie zdążyłyśmy nawet zareagować w żaden sposób, a przestał. Opadł jak marionetka, której odcięto sznurki, i tylko świst ciężkiego oddechu mówił jeszcze żyję. 
Pierś i brzuch stanowiły dywan rozszarpanego mięsa, tu i tam błyskała biel. Świeża krew zalewała zaschniętą plamę posoki. Czerwień pokrywała podłogę, ochlapała ściany, kapała z sufitu... 
– Musimy zabrać go do medyka – powiedziała zimno Maja. 
Otrząsnęłam się. Umysł mnie oszukiwał, nie było aż tyle krwi. 
Na ustach Marcela pojawiła się czerwona bańka, która pękła, gdy cedził: 
– Po Woj... Wojtka. 
Bańka... bańka pękła gęsto, niechętnie, po co pękać, za późno, nic nie zdziałasz, sama mogłam poczuć słonawy posmak, lepkość warg, języka, gardła, obrzydliwe. 
Przełknęłam. 
Maja popatrzyła na telefon w swojej dłoni. 
– Nie zbliżaj się do niego – nakazała mi ostro. – Może być agresywny. – Szybkim krokiem wyszła z pomieszczenia. Usłyszałam szmer rozmowy, urywane zdania, pół-strzyga wróciła. 
– Musimy zatamować krwawienie. – Mój głos zdawał się nie należeć do mnie; nawet nie chłodny, tylko płaski, zupełnie bez emocji, jak mógł taki być, kiedy krew sklejała usta i płuca, nie moje, ale czułam ją i nie mogłam się pozbyć, własna szumiała oskarżycielsko w głowie, zrób coś! 
– Nie. – Maja złapała mnie za ramię, ścisnęła mocno, nie zauważyłam nawet, gdy postąpiłam krok, drugi. – Jego ciało powiąże się z materiałem i zrywanie go przyniesie więcej szkody niż pożytku. Musimy poczekać na innych zmiennych i zabierzemy go do Hodaniewa. 
– Nie... pozwolą. – Marcel artykułował powoli każde słowo, jego usta ledwo drżały, był kompletnie nieruchomy, tylko pierś szarpała się w urywanym oddechu, rozszarpana pierś szarpała się, jakim cudem jest przytomny?! Tors wyglądał, jakby ktoś wetknął weń odpalony fajerwerk. Zgaśnij, zgaśnij! Płaty skóry i mięsa wisiały swobodnie, wśród czerwieni przebijała się biel kości, nie mogłam oderwać wzroku od tego widoku, a jednocześnie czułam, jak pierwotne przerażenie blokuje myśli, każe uciekać, zacina stawy, podsuwa posiłek pod gardło. 
Nawet jeśli nie od utraty krwi, to powinien się wyłączyć w ucieczce przed bólem, zgaśnij wreszcie! 
– To ich przekonasz. 
– Mamy... kryjówki. – Znowu ta bańka, znowu gęsta i niechętna, rozprysła się, krople pofrunęły blisko, w locie zalśniły, chwyciły słońce i mrugnęły, przecież jesteśmy w piwnicy. 
– Wątpię, by zabezpieczone należycie. To była klątwa, Marcel. Jeśli uważasz, że krąg waszej kryjówki sprosta ponownemu atakowi, śmiało. Ale ja jestem absolutnie pewna, że dom Renegatów jest zabezpieczony lepiej. 
– Maju – szepnęłam. – Zróbmy coś.
– Nie możemy. 
Ale puściła mnie, cofnęła się, mogłam działać, ale co?!, paraliż ciała, umysłu, bandaż, igła, defibrylator, jaki defibrylator kretynko, przecież jego serce ma się dobrze!
Do piwnicy nagle wpadło troje zmiennych, dwoje w ludzkiej postaci i jeden wilk, ludzi poznałam, wilk jednym susem znalazł się pomiędzy Marcelem a Mają. Zwierzę zawarczało, gotowe do ataku na pierwszy nieprzemyślany ruch, a pół-strzyga obdarzyła je chłodnym spojrzeniem. 
Nastka przyklękła przy Marcelu, ściągając z ramion plecak, Wojtek stanął obok mnie, ale nie spuszczał wzroku z Mai. 
– Co się stało? 
– Nie mam pojęcia – odparłam, mój głos załamał się w połowie, resztę zdania raczej wyruszyłam ustami niż wypowiedziałam. 
– To była klątwa – odezwała się Maja w tej samej chwili. 
Chłopak zerknął na swojego szefa, choć chłopak to chyba złe określenie – w tamtym momencie w niczym nie przypominał chłopca, jego twarz była ostra, skupiona, dorosła. 
– Klątwa to zrobiła? 
Nastka wciągnęła lateksowe rękawiczki i ostrożnie ujęła połać mięsa. Przetarła nasączoną czymś gazą miejsca, w którym stykało się z podłożem, i położyła je w prawidłowym miejscu. Zmienny syknął. 
Przecież to bez sensu, pomyślałam histerycznie. 
– Nie. Sam to sobie zrobił. 
Wilk warknął znowu, tym razem go zignorowała. 
– Jak to sam? – Brzmiało jak przesłuchanie, nagle zorientowałam się, że choć Wojtek mnie odgradzał od bety, to cała jego uwaga była skoncentrowana na Mai, był gotów natychmiast się na nią rzucić. Nawet Nastka, pozornie absolutnie skupiona na prowizorycznym łataniu ran, była zwrócona do pół-strzygi przodem, a stanie przy drugim boku dałoby jej lepszy dostęp.
Albo oczekiwali, że Maja zareaguje na zapach krwi, albo to ją uważali za sprawcę. 
– To prawda. – Marcel mówił przez zaciśnięte zęby. Nie wyglądali, jakby jego słowa ich uspokoiły. 
– Nie wiem jeszcze, co to za klątwa, ale musiała być bardzo silna, by oddziałać na zmiennokształtnego. – Musnęła mnie spojrzeniem.
Zamrugałam, ogłuszona informacją, którą mi podała.  
Kiedy wcześniej zapytała mnie, czy wszystko w porządku, musiała poczuć wokół mnie uderzenie magii, ale ze względu na obecność Marcela nie mogła wypytywać dokładniej. Ktoś najpierw usiłował wyeliminować z gry mnie, a potem zmiennokształtnego, a patrząc na rany, jakie on sobie zadał, pewnie leżałabym martwa – zabita albo przez samą siebie, albo moc zbyt wielką, bym mogła ją zneutralizować. Gdybym była standardowym człowiekiem, magicznym. 
Poczułam na kręgosłupie takie zimno, jakby to sama Królowa Śniegu stała za moimi plecami. Ktoś miał nasze włosy, może naskórek, ślinę, mocz albo krew, w najgorszym przypadku. 
Albo wszystkie, w jeszcze gorszym. 
– Wasze bariery nie ochronią go przed następnym atakiem – ciągnęła Maja, jakby wcale nie uświadomiła mi, że ktoś, kto życzył mi śmierci, dysponował fragmentami mojego ciała. 
Otępiały spokój uciekł, histeria zamotała wnętrzności, moje serce się rozszalało, słabość kolan prawie posłała mnie na podłogę, o Boże.
Kosmowski, jego dziennik, wysyczał, żyjesz przecież! 
Klątwa rzucona, nic się nie stało!
Nabrałam powietrza, tylko mi się wydawało, czy miało słony-krwawy smak?
Dziennik, notatki, odporność morfów. Skup się. 
Wojtek lekko się pochylił, zaalarmowany. 
– A co ty wiesz o naszych barierach? 
– Nie jesteście jedynymi, którzy zbierają różne informacje – odparła Maja sucho. – Ale wiem to, ponieważ wśród zmiennych nie ma ani jednego wykwalifikowanego klątwiarza. A właśnie takiego trzeba, by postawić odpowiednie kręgi, zaś wy niechętnie dopuszczacie kogokolwiek spoza blisko.
Żbik milczał przez chwilę, myślał. Wyraźnie to on dowodził, gdy rozkazy Marcela były poza zasięgiem. Jak teraz. 
– Co proponujesz? 
– Zawieść go do Renegatów. 
Chłopak leciutko obnażył zęby. 
– Nie możesz być poważna. 
– Jestem. Mamy świetnego lekarza i jeszcze lepszą ochronę, fizyczną i magiczną. 
– Moja matka pomagała w stawianiu kręgów – odezwałam się cicho, bojąc się, że znowu nie będę w stanie dokończyć zdania. 
Chociaż mama należała do frakcji magów, to jej uzdolnienia wskazywały raczej na wiedźmę – rzucała znakomite klątwy, które mogły zatruć ci całe życie, a jeszcze lepiej znała się na stawianiu barier przeciwko nim. Kiedy masz za kolegów klątwiarzy, twoim hobby staje się rzucanie na nich złośliwych klątewek, ot tak, dla sportu. Bo oni robią to samo. Zatem albo naucz się chronić, albo cierp w toalecie. 
Moje słowa nie wywarły zbyt dużego wrażenia. 
– Posłuchaj jej. – Głos Marcela był jeszcze bardziej napięty. Wojtek nie spuszczał oczu z Mai. 
– Jesteś pewien? 
Nie odpowiedział, zrobiła to Nastka. 
– Jeśli w ciągu pół godziny nie wyląduje na stole, wykituje. 
Żbik podjął decyzję. 
– Dobra. Paweł. 
Myślałam, że zwraca się do wilka, ale w zasięgu głosu była reszta ekipy, dotychczas nieujawniona – w drzwiach pojawił się na oko czterdziestoletni facet. Ledwo mieścił się w przejściu, był tak szeroki; niski i masywny. 
– Zanieś go do samochodu – rozkazał Wojtek. – Nastka, trzeba opuścić siedzenia. W bagażniku są... 
– Wiem. – Psica wyprostowała się i wybiegła, kiedy Paweł zwolnił przejście, zbliżając się do Marcela. 
– Poboli trochę – zwrócił się do niego. 
Nie odpowiedział. 
Uniósł Marcela zaskakująco delikatnie i płynnie, zupełnie jakby zmienny ważył może z dziesięć kilo, a nie jakieś dziewięćdziesiąt, ale po twarzy bety i tak przemknął spazm. Mężczyzna wyniósł go z pomieszczenia, a głuche łupnięcie na wyższym poziomie zaraz potem podpowiedziało mi, że mężczyzna wyskoczył z piwnicy, używając samych nóg. Cholera, też tak chcę. 
– Stoisz mi na drodze, wilku – oświadczyła Maja. Zmienny się nie wycofał. 
– Pojedziemy jednym samochodem – powiedział Wojtek tonem, który wydał mi się podobny do tego, którym czasem posługiwał się Marcel. 
To zasłużyło na nieco żywszą reakcję pół-strzygi. Uniosła brew. 
– Nie toleruję obcych w moim samochodzie. A już na pewno nie przemienionych w zwierzęta. 
– Z Marcelem na tylnych siedzeniach nie ma innego wyjścia – odparł spokojnie. Oj, nie wygrasz z nią, pomyślałam, ale postanowiłam się wtrącić i szybciej rozwiązać tę sprawę. 
Pół godziny. 
I wykituje. 
– Marcel przyjechał własnym samochodem – powiedziałam. – Weź od niego kluczyki. 
Spojrzał na mnie z czymś, co przypominało... urazę? 
– Będę szybka – ostrzegła Maja – zatem niech kieruje ktoś, kto dobrze bierze zakręty. 
Wyszli, nie odwracając się do nas plecami, choć zarazem nie wyglądało to na cofanie się. Zostałyśmy same. Jeszcze raz zerknęłam na dzienniki, golema, głowę – podeszłam i schowałam ją do lodówki, chociaż wątpiłam, by się do czegoś nadawała po tym dość brutalnym traktowaniu – i opuściłyśmy piwnicę. 
Wewnątrz auta poczułam, że się uspokajam. Otoczył mnie znajomy zapach, który starł nawet niezbyt przyjemną myśl, że kiedy siedziałam w tym miejscu ostatni raz, uciekałam przed teraz leżącym pod ziemią golemem. 
Maja ruszyła, zaraz za nią duży samochód, do którego mogłaby się zmieścić siedmioosobowa rodzina, a zza zakrętu wyjechał opel Marcela. Rzeczywiście prowadziła tak, jak zapowiedziała; duży nadążał, łykając przestrzeń równie żarłocznie, ale Wojtek został w tyle. Zakładałam, że to on kierował – jako młodemu kierowcy, brakowało mu zwyczajnie doświadczenia, by dotrzymać kroku w tej agresywnej, choć niezwykle zwinnej i płynnej jeździe. 
Wyciągnęłam zza paska zeszyt, był nagrzany od temperatury mojego ciała. Wrzuciłam go do schowka. 
– To jeden z dzienników? – zapytała Maja. 
– Tak. – Oparłam tył głowy o siedzenie, patrząc tępawo na migające otoczenie. 
– Dlaczego go ukryłaś? I chcesz inne? 
– W tym jest moje imię i nazwisko. Błędne, ale na tyle podobne, że dojście do prawidłowych wniosków zajęłoby maksymalnie minutę nawet największemu idiocie. 
Milczała przez chwilę. 
– Kosmowski wiedział, że jesteś morfem? 
– Najwyraźniej. Widział mnie w parku, jak się przemieniam. – Zamknęłam oczy, ale zaraz je otworzyłam, bo na powiekach odmalował się obraz rozszarpanej piersi.
– Dlaczego miałabyś się przemieniać w parku? – Brzmiała na zdziwioną. Skrzywiłam się. 
– Cóż, to było wtedy, kiedy udawałam, że Feliks nic mnie nie obchodzi, a tak naprawdę śledziłam go jak zakochana małolata. Nie pamiętam tej sytuacji, ale nie przychodzi mi do głowy inna odpowiedź. 
– Powiesz mi kiedyś, co stanęło między wami? 
Maja i Feliks nie byli ze sobą bardzo blisko. Wspieraliśmy się wszyscy razem, spędzaliśmy wspólnie czas, byliśmy lojalni, ale miałam wrażenie, że to ja jestem spoiwem, bez którego nie tyle co grupka by się rozpadła, co nigdy nie powstała. Maja wydawała się być przywiązana mocno tylko do mnie, Feliksowi zależało na pieniądzach, mocy i niezależności, niekoniecznie w tej kolejności, a Adam... Adam nie dawał się oswoić
Maja zabiłaby Feliksa i nawet nie mrugnęła okiem. 
Nie chodziło nawet o wciąż żywą miłość, jaką czułam do tego idioty; wiedziałam, że dla mojej Mai to nie byłoby dobre. Może i wyglądała na zimniejszą od zimy, ale wiedziałam, że tak nie jest. 
– Nie, raczej nie – szepnęłam. 
– Weź mój telefon i zadzwoń do Zory – powiedziała po krótkiej chwili. – Niech obudzi Hodaniewa i przyszykują salę operacyjną, będzie też potrzebny Tojad. Cała reszta niech opuści dom, szczególnie Patrycja. I niech przyśle kogoś, kto zabierze dzienniki, golema i cały sprzęt. Jeśli zmienni położą na tym łapska, już żadnej z tych rzeczy nie ujrzymy. 
Zatem dobrze, że zabrałam ten dwudziesty ósmy zeszyt. 
– Może być tam jeszcze coś – zwróciłam się do południcy, gdy skończyłam podawać instrukcje. – Ale nie mam na to wielkiej nadziei. 
– Co takiego, kochanie? 
Zawahałam się. 
Przecież ona i tak wie. A przynajmniej się domyśla. 
– Książka o morfach – powiedziałam wreszcie. – Nie sądzę, by była bardzo gruba. 
Mogłabym dowiedzieć się czegoś o sobie samej. Może nawet, jak przedłużyć nieco moje życie. 
– Oczywiście. – Jedno słowo wyrażało tak wiele, że poczułam pieczenie w gardle. Jasne, że wiedziała. I martwiła się o mnie. Pożegnałyśmy się i rozłączyłyśmy. 
– Czy wiesz, w co zamienia się Marcel? – zapytałam. 
– Pachnie dużym drapieżnikiem. Ale nie, nie wiem. Nigdy nie widziałam jego przekształcenia, a zaciągnięcie informacji niewiele dało. Nie chwali się tym, jak sądzę. 
– To tygrys. 
Długa przerwa. 
– To nawet pasuje – mruknęła. – Osobliwe zwierzę, jak na te rejony, ale możliwe. Może jemu przodkowi nie podobało się w Azji, może był zbyt słaby, by sprostać innym, i zawędrował tutaj. Zapewne miał miażdżącą przewagę nad większością zwierzyny. 
– Jest niebieski – dodałam. 
– O... 
To był jedyny dźwięk, który padł z jej ust, dopóki nie dojechaliśmy do terenu Renegatów. 
– Coś mi świta – powiedziała, kiedy zaparkowała obok innego auta. – Dam ci niedługo znać, jeśli coś znajdę. A teraz czas zająć się tym kotem. 
Rodzinny samochód delikatnie wyhamował, stając bokiem przed samymi schodami, na których pokazała się Zora. Wyskoczyłyśmy z samochodu akurat wtedy, gdy Paweł przez bagażnik wyniósł Marcela, a zza drzew wyjechał kolejny pojazd – tym razem Wojtek. Musiał nadgonić. Wysiadł on sam, oraz nie jeden wilk, a dwa. Wyglądały tak podobnie, że nie byłam w stanie stwierdzić, którego poznaliśmy jako pierwszego. 
Południcy wystarczył jeden rzut czarnego oka, by docenić powagę sytuacji. Zmiennokształtny był blady, bardzo blady, choć nadal przytomny, blady pod tą całą krwią, która powoli zasychała. 
– Za mną – zakomenderowała i zniknęła we wnętrzu domu, nie oglądając się. Pierwszy ruszył Wojtek – wkroczył do środka, jakby niczego się nie bał, ale w jego ruchach była czujność, zaraz po nim Paweł, a potem Nastka. 
Maja ruszyła za nimi, ale zatrzymała się w progu i otaksowała dwa wilki spojrzeniem. 
– Nie wychodźcie poza linię drzew, chyba że bardzo wam zależy na pożegnaniu się z życiem. 
To nie była groźba, to był fakt. Może i nikogo zbędnego nie było w budynku, ale nie znaczyło to, że nie obserwują, a Renegaci nie składali się wyłącznie z istot rozumnych, zdolnych zatrzymać wyprowadzany cios. 
Skoro nawet ja czułam obecność nieprzyjaznych oczu na sobie, co dopiero zmienni. 
Pośpieszyłyśmy za Zorą, ale nie zaszłyśmy daleko. Wojtek stał przy drzwiach prowadzących do piwnicy i wąchał powietrze, marszcząc nos tak, że przypominał mopsa. Paweł i Nastka mieli podobne miny, nawet Marcel się krzywił. 
– Śmierdzi tu nieumarłym – powiedział żbik podejrzliwie. 
Na twarzy Zory odmalował się wyraz irytacji. 
– Oczywiście, że śmierdzi tu nieumarłym. Nasz lekarz jest nieumarłym. 
– Istotnie – rozległo się z podziemi. – Nie tylko nieumarły, a także niewyspany, zatem byłbym zachwycony, gdybyście umożliwili mi jak najszybszy powrót do łóżka. 
Paweł wydał z siebie nagły syk i się cofnął. 
– Wampir! Trzymacie tu wampira? 
Zora zmrużyła powieki. 
– Tak, trzymamy tu wampira. Wampira, który w tej chwili powinien już składać waszego betę. 
– Powinien, ale nie musi – odezwał się ponownie Hodaniew. – Zatem albo wchodzicie, albo się wynosicie i dajecie mi spać. Przy okazji zabijając Rysińskiego, rzecz jasna. 
Wojtek otworzył usta. 
– Zastanów się dwa razy, zanim zarzucisz mi łamanie przysięgi lekarskiej, sugerując, że piję krew moich pacjentów. – W głosie medyka brzmiało ostrzeżenie. Żbik nic nie powiedział, wahał się. 
– Wtrącę się – odezwała się Nastka – ale Marcel chyba właśnie zemdlał. 
Pół godziny. 
– A zatem? – Hodaniew brzmiał, jakby miał zupełnie gdzieś, co zrobią. Ale jeśli budziłeś wampira w środku dnia, nie powinieneś oczekiwać przychylności. 
Wojtek spojrzał na Marcela i w jego oczach zamigotało przerażenie; wcale już nie wyglądał dojrzale. Skinął głową i ruszył w dół schodów, a my za nim. 
Sala operacyjna wyglądała bardzo filmowo. Silne światło, duży stół, kącik do obmycia się, szafka z równo poukładanymi narzędziami. Dwie rzeczy się różniły: stół miał pasy zdolne skrępować niedźwiedzia – dosłownie – zaś za nim w wielkiej donicy wypełnionej ziemią siedział Tojad. Medytował, delikatnie kołysząc się na boki. 
Choć wcześniej nieprzyjemny, Hodaniew był gotowy do działania. 
– Tutaj. Dobrze. Chcecie go przywiązać czy będziecie trzymać? 
Wymienili szybkie spojrzenia. 
– I to, i to – powiedział Wojtek. 
Wampir zabrał się za przypinanie zmiennokształtnego. 
– Maju, nie męcz się i idź stąd. Zora, Rita, będziecie mi asystować. 
Przewróciły mi się wnętrzności, ale nie protestowałam. Umyłam ręce, wciągnęłam rękawiczki, maseczkę i fartuch, naśladując Zorę. 
– Tojad. 
Pół-żywiołak drgnął. Jak w przyśpieszonym tempie z ziemi wyrosły cienkie łodyżki, które rozwinęły się na cieńsze, jeszcze cieńsze... Hodaniew bezceremonialnie wyrwał jedną z nich, wyrywając z Tojada cichy jęk. W drugim ręku trzymał strzykawkę, którą wręczył Zorze, a ona szybkim ruchem zaaplikowała zawartość w ramię Marcela. 
W ramię całe we krwi. 
Wampir poprawił maseczkę na twarzy, popatrzył na zmiennych. 
– Trzymajcie mocno. 
~*~
Początkowo nie miałam wiele do roboty. Przemywałam krew i wyrywałam kolejne rośliny, podczas gdy Hodaniew i Zora inkantowali, zaklinając łodygi. Wyglądało to niesamowicie i zarazem obrzydliwie – cienkie jak pajęczyna wąsy zagłębiały w rany, wnikały w ciało, od czasu do czasu wyrywając z Marcela syki i zmuszając go do szarpania się. Pasy trzeszczały, ale trzymały. 
Potem Zora niespodziewanie padła jak ścięte drzewo – zaszło słońce. Przejęłam jej inne obowiązki, dając zmiennemu kolejne zastrzyki, dołączając do inkantacji, choć nie ośmieliłabym się kierować łodygami, nawet gdybym wiedziała jak. Zresztą, nie było to koniecznie; jak powiedział Hodaniew, najgorsze było minione. Upływ krwi zatrzymany, płuca i jelita załatane, żebra poskładane. Teraz wiązał rozerwane nerwy i mięśnie, przyśpieszał proces, który zająłby organizmowi długie miesiące.
Starałam się zbytnio nie wsłuchiwać, gdy informował zmiennych, co robi. 
Skończyliśmy nieco przed północą. Hodaniew ulokował Marcela w łóżku, podpiął go do kroplówki, usadził obok Nastkę i kazał natychmiast wołać, jeśli będzie coś nie tak, a sam poszedł się przespać. Wojtek usiadł na schodach i czuwał, Paweł ulokował się w samochodzie na drzemkę. Maja zabrała Tojada i poszła go zakopać, by szybciej odzyskał siły. 
Ja również się położyłam, ale mój sen nie trwał zbyt długo – męczyły mnie koszmary bez określonego obrazu i dźwięku. Kiedy poszłam się wykąpać, dochodziła piąta. W dworku panowała cisza, las nie wydawał żadnych nietypowych dźwięków.
Zdążyłam wymieść połowę spiżarki Renegatów, część zjadając sama, a część przeznaczając na koktajl, kiedy pokazał się Jakub. Popatrzył na mnie zmęczonymi oczami z poszarzałej, pobrużdżonej twarzy. Wziął dwulitrową butelkę wody i bez słowa opuścił kuchnię. Jak zgadywałam, nie miał siły nawet na to, by kazać mi się wynosić. Pełnia dla niektórych była straszną suką. 
Poszłam do Marcela, Wojtek nie próbował mnie zatrzymać, Nastka przeniosła się w róg pokoju i drzemała na krześle. 
Zmiennokształtny nie prezentował się najlepiej, nadal był blady, miał cienie pod oczami i zapadnięte policzki. W otoczeniu białej pościeli wyglądał dziwnie bezbronnie, zupełnie nie jak człowiek, z którym spędziłam sporą część minionego tygodnia. 
Kiedy mu się przyglądałam, otworzył oczy i przez dłuższą chwilę patrzyliśmy na siebie. 
– Nie było aż tak blisko – powiedział. – Nastka trochę przesadziła. 
Jedyne siedzisko było zajęte, zatem wygładziłam kołdrę i ostrożnie usiadłam na wysokości biodra zmiennego. 
– Słusznie zrobiła. Wojtek nie wydawał się specjalnie chętny do rzucenia cię pod ostrze i kły Hodaniewa, a warto zauważyć, że ani razu nie użył skalpela, zębów tym bardziej. 
– Strasznie tu cuchnie – poskarżył. Wzruszyłam ramionami. 
– Ja nic nie czuję. 
Sięgnął i wyciągnął z żyły kroplówkę. 
– Chyba nie powinieneś – zaprotestowałam. 
– Wasz lekarz zdziałał cuda, nie potrzebuję tego. Zmiennokształtność załatwi resztę. – Rzucił igłę na stolik. – Dlaczego jestem zielony? 
Skóra na jego torsie miała taki kolor, jakby wylał na siebie słaby barwnik. 
– Nie jestem ekspertką od leczenia i nie jestem pewna, jak to działa, ale wydaje mi się, że Hodaniew po prostu zastąpił uszkodzone części twojego ciała roślinami. 
Zmarszczył brwi. 
– Będę tak wyglądał do końca życia? 
– Nie, raczej nie. – Sięgnęłam i podałam mu butelkę wody. – Pewnie się rozpuszczą. Żaden z Renegatów nie jest zielony. Poza Tojadem, oczywiście. 
Na raz wypił cały litr, zapanowała krótka przerwa, aż oderwał się od szyjki. 
– Chciałbym im podziękować. Wam – dodał po chwili. 
– Tojad jest zakopany, Hodaniew śpi. Zora pewnie niedługo wstanie. 
– Skoro jesteś w tej chwili dostępna jako jedyna, dziękuję tobie. 
– Proszę. – Zawahałam się, ale postanowiłam nie owijać w bawełnę. – Możesz podziękować w bardzo prosty sposób, Marcel. Nie rozpowiadając, że jeden z Renegatów jest wampirem, a drugi południcą, i upewniając się, że twoi ludzie również nikomu tego nie przekażą. 
Przekrzywił lekko głowę. 
– Taka wiadomość raczej nie wzmocniłaby sympatii reszty magicznych. 
– Nie. – Już na Jakuba reagowano alergicznie. I nie dlatego, że był dupkiem. 
– Nie powiem nikomu poza moim alfą – powiedział. – Oni też nie. 
Skinęłam głową, czując przypływ ulgi. Chyba nie mogę oczekiwać więcej. 
Ty powiedziałaś Mai o nim. 
Hodaniew był niezwykły, podobnie jak Zora. Większość upiorów była bezmyślnymi stworzeniami animowanymi magią, z resztką wspomnień dotyczących skończonego żywota. Jednak czasem, być może przez zupełny przypadek, udawało się im zachować świadomość. Tylko tyle i aż tyle. Hodaniew czuł pragnienie krwi i zabijania, Zora chciała tańczyć i porywać ze sobą ludzi, byli zależni od pory dnia, ale ponieważ zdawali sobie z tego sprawę, nie mordowali. 
Magiczni to rasiści. Nie obeszłoby ich, że Hodaniew więcej żyć uratował niż zabrał, że Zora nigdy nie zbliżała się do pola, uznając jego śpiew za zbyt wielką pokusę. Jakuba tolerowano tylko dlatego, że jego klątwa wypełzała jedynie podczas trzech dni w miesiącu. W pozostałe był całkiem zwyczajnym człowiekiem. 
– Hodaniew wydawał się nieco zmartwiony – wyznałam, rozpraszając smutne myśli. – Powiedział, że za mało się rzucasz. 
Uniósł kpiąco brwi. 
– To jest powód do zmartwienia? 
– Noworodek powinien wrzeszczeć. 
– Czy ty mnie właśnie porównałaś do niemowlaka? 
– Skądże znowu. – Nawet taki osłabiony nie przypominał dziecka. 
– A ty? 
– Co a ja? 
Przyglądał mi się uważnie. 
– Czy się martwiłaś? 
– Nie znam się na medycynie.
Czekał. 
– Hodaniew mógł mnie trochę nastraszyć – odpowiedziałam wymijająco. 
Uśmiechnął się lekko. Tak po prostu. Siedzieliśmy dłuższą chwilę w ciszy, która uspokajała, wygładzała poszarpane nerwy. 
– Może przemyślisz to przyjęcie. 
Pokręciłam głową i podniosłam dzbanek i szklankę, które postawiłam wcześniej koło łóżka. 
Marcel nagle stał się czujny. 
– Co to? 
Nalałam do szklanki. Wyglądał odpychająco i pachniał dziwnie, ale mój organizm był w takim stanie, że korciło mnie, by samodzielnie wypić wszystko. Ślinianki się ocknęły i radośnie zaczęły pracę. 
Zmienny mierzył napój podejrzliwym wzrokiem. 
– Pachnie jak trucizna. A wygląda jeszcze gorzej. 
Prychnęłam. 
– Nie bądź dzieckiem. Pomoże ci w regeneracji. 
– Jakoś w to wątpię. 
– Jeśli się napiję, ty też to zrobisz? 
Skrzywił się. 
– Nie zmuszaj mnie do wstawania, żeby trzymać ci włosy, kiedy będziesz rzygać tym świństwem. 
– Tchórz – mruknęłam. – Poza tym włosy mam krótkie. 
Miałam zamiar upić łyk, ale skończyło się na osuszeniu całej szklanki. Odstawiłam ją z trzaskiem na szafkę i ponownie napełniłam. Cholera, więcej, więcej, organizm błagał o więcej. 
– Już – powiedziałam sucho. – Nie zwymiotowałam i nie umarłam. 
Marcel ściągnął brwi, wyjął z moich rąk dzbanek i przytknął do dzióbka usta. Zawahał się przy pierwszym łyku, ale dzielnie kontynuował, aż w naczyniu został sam bury osad na ściankach. 
– Teraz nie tylko twoja klatka jest zielona – zauważyłam złośliwie. 
Zamknął oczy. 
– Nie chcę wiedzieć, jakie są składniki tego szataństwa. 
– I słusznie – powiedziała Zora, wkraczając do sali. – Ja je znam i uważam za przerażające. Jak się czujesz? 
– Dobrze – odparł. – Boli mnie i jestem osłabiony, ale spodziewałem się czegoś dużo gorszego. 
Południca położyła w nogach łóżka schludnie złożoną kostkę ubrań. 
– Żywiołacka magia Tojada jest niezwykle przydatna. 
– A ty jak się czujesz? – zapytałam. Machnęła ręką. 
– Dziecko, nie ma znaczenia, co robiłam dnia poprzedniego, zawsze wstaję z tym samym humorem. Za to ty nie wyglądasz na wypoczętą. Jest dopiero szósta, na miłość boską. 
– Nie mogłam spać – mruknęłam. 
Południca pogładziła lekko moje ramię i zajęła się Marcelem. Sprawdziła jego źrenice, osłuchała, wmusiła kolejny litr wody i ofukała za wyciągnięcie kroplówki, ale raczej dla zasady, bo gdyby była naprawdę konieczna, zmienny nie oparłby się jej naciskom. 
– Teraz zadam ci kilka pytań na temat klątwy – zapowiedziała, wyciągnąwszy notes. – Dzięki odpowiedziom będziemy próbowali się zorientować, jaki rodzaj został rzucony i jak się przed nim bronić w przyszłości. Pamiętasz, co się działo przed, w trakcie i po? 
– Tak. 
– Czy miałeś tuż przed zawroty głowy, zachwiania równowagi? 
– Nie. 
– Czy czułeś pieczenie, szczypanie skóry? 
– Tak. 
– Ból w dolnej części brzucha? 
– Nie. 
– Uderzenie gorąca? 
– Nie. 
Odhaczała kolejne pytania. 
– Pieczenie skóry – powtórzyła. – W których miejscach? 
– Dłonie. Pomyślałem, że to od trzymania zamarzniętej głowy. 
– To inny rodzaj bólu. 
– Tak. 
– Opisz działanie klątwy. Co czułeś? Co zmusiło cię do zranienia się? 
Milczał dłuższą chwilę. 
– Zraniłem się zupełnie świadomie – powiedział wreszcie. – To nie był przymus, nic nie sterowało moimi rękoma. Zrobiłem to, ponieważ w mojej piersi i brzuchu nagle zaroiło się robactwo i chciałem je wyciągnąć. 
Zora znieruchomiała, podniosła wzrok. 
– Robactwo? 
– Tak. Mnóstwo robaków, pożerały mnie od środka. – Brzmiał strasznie sucho i płasko, jakby to on czytał z kartki. – Zaraz potem zniknęły. Chyba bym oszalał, gdyby siedziały tam dłużej. 
Zora jakiś czas siedziała cicho i tylko delikatnie skrobała końcem długopisu dzierżony notatnik, wpatrując się zamyślona w przestrzeń. Ocknęła się, kiedy pociągnęła za daleko i pisak zsunął się z kartki. 
– Możemy wysnuć kilka wniosków. Dobrych i złych. Czy raczej jeden zły i więcej gorszych. 
Marcel skrzywił się. 
– Zacznij od złego. 
– Klątwiarz wykorzystał twój naskórek i wydzieliny pozostawione przez dłonie, żeby cię zaatakować. To słaby przekaźnik, zatem jest pewna nadzieja, że nie ma krwi. 
– Słaby przekaźnik? – powtórzył.  
– Gdyby użyto chociażby moczu, atak byłby dłuższy. Skuteczniejszy. 
Marcel lekko się wzdrygnął. 
– Kontynuuj. 
– Z gorszych: jeśli klątwiarz dysponuje krwią, mógł użyć naskórka do swego rodzaju... interludium. – Machnęła długopisem jak batutą. – Gdyby nie szybka pomoc medyczna, powinieneś być blisko śmierci, a to dobra okazja, by sporządzić coś jeszcze paskudniejszego. Byłbyś wtedy podatny na klątwy innego rodzaju, transformujące. 
– To znaczy? 
– Mógłbyś zostać podniesionym – wyjaśniłam. – Nieumarłym. Ożywieńcem. Upiorem. 
Zmarszczył brwi. 
– Zmiennokształtni są odporni na klątwy. Przynajmniej tak sądziłem – dodał ponuro. 
– Bo są, ale na te rzucane w nich. Nie na rzucane na nich – powiedziała takim tonem, jakby każde dziecko rozróżniało bez żadnego problemu te dwa przypadki. – Nieodpowiedzialne zostawianie swoich płynów ustrojowych jest bardzo niebezpiecznie, chłopcze. 
Mrugnął na to chłopcze, ale nie zareagował mocniej. 
– Nie jestem bliski śmierci. Jakie ma teraz znaczenie, że klątwiarz ma moją krew? 
– Jeśli ma – przypomniała. – W tej chwili nic, nasze kręgi są silne, ale poza nimi... nawet nie do końca skuteczna klątwa może wyrządzić dużo szkód. Klątwa naskórkowa trwa nawet do pięciu minut. 
– To były jakieś trzy sekundy – powiedziałam, nieco zdziwiona. Zora uniosła w zaskoczeniu brwi i popatrzyła na Marcela z jakimś dziwnym namysłem w oczach. 
– Musisz być zatem wyjątkowo silny. 
Nie skomentował. 
– Kolejna gorsza wiadomość brzmi, że klątwiarz musi być bardzo potężny i wykwalifikowany, żeby rzucić to zaklęcie, zwłaszcza przy pomocy skóry. 
No pięknie. 
– Potężny, wykwalifikowany i wredny – ciągnęła dalej. – Ta klątwa jest cholernie skomplikowana, ale efektywna. Stosowano ją, kiedy schwytany jeniec był zbyt twardy, by cokolwiek zdradzić. Bawi się nie z twoim ciałem, a umysłem, wmawia ci rzeczy, które nie istnieją, które doprowadzają cię do szaleństwa. W twoim brzuchu nie było robaków, Marcel, ale klątwiarz zmusił twój mózg, by tak uważał. 
Popatrzyłam na zmiennego, na jego twarzy nie było emocji; poczułam dreszcz. Ktokolwiek rzucił tę klątwę, już mógł żegnać się z życiem. 
– Macie za przeciwnika sukinsyna pierwszej wody – podsumowała południca. – Zaraz wracam. 
Marcel splótł ręce na brzuchu i nie odzywał się. Ja również milczałam. Zora wróciła po kilku minutach, niosąc w dłoniach zielono-czerwony materiał. 
– Zawsze trzymamy jedną świeżą – powiedziała i strzepnęła tkaninę. Spostrzegłam swój błąd; to była podkoszulka, ale upleciona z jakiejś rośliny i czerwonej włóczki. – Nie zdejmuj jej, nawet do kąpieli. A może zwłaszcza, woda ją odżywi, byle nie gorąca.
– Co to takiego? – Marcel dotknął brzegu. 
– Koszula z pokrzywy i czerwonej nici – odparła. – Nie widać? 
– Co robi? 
Uśmiechnęła się. 
– W bajkach jest sporo prawdy, dziecko. Pokrzywne koszule świetnie blokują klątwy, a o czerwonych nitkach nawet niemagiczni wiedzą, inna rzecz, że zupełnie nie potrafią z nich korzystać. 
– Będę w tym bezpieczny? 
– Bezpieczniejszy niż bez niej. Dla pewności powinieneś obwiązać sobie każdy większy staw, ale wątpię, by to wchodziło w rachubę. 
– Ciekawie byś wyglądał – mruknęłam, czym zasłużyłam sobie na suche spojrzenie. 
– Ty chyba też powinnaś nosić podobne wdzianko. Siedzimy w tym razem. 
Mnie jest niepotrzebne. 
– Pomyślimy nad tym – oznajmiła Zora. – W tej chwili mam tylko jeden egzemplarz. Rita może dostać co najwyżej nitkę na nadgarstek. 
Postanowiłam założyć jakąś dla świętego spokoju. Nie miałam zamiaru mówić Marcelowi, że byłam odporna na klątwy znacznie bardziej niż jakikolwiek zmienny, już niewrażliwość na czar Ażepłuta była podejrzana. 
– Idę – oznajmiła południca. – Bawcie się grzecznie, dzieci. 
Zostawiła nas samych sobie. 
– Dlaczego ta dziewczyna cały czas mówiła per dziecko? – zapytał. – Jestem starszy od niej. 
– Mogłaby być twoją babcią albo nawet prababcią – wyjaśniłam. – Poza tym do wszystkich się tak zwraca, nawet Hodaniewa, który przy niej jest chodzącym zabytkiem.
– Magia jest łaskawa dla swoich dzieci – mruknął. 
– Tak. 
Milczeliśmy znowu, ale nie czułam potrzeby zerwania tej ciszy. 
– Muszę iść – powiedziałam w końcu, gdy poczułam, że chyba warto byłoby coś zjeść. 
– Idź więc – odparł po krótkiej ciszy. – Zobaczymy się po przyjęciu. 
Wstałam i wyszłam, zanim oparłam się idiotycznemu impulsowi, by uścisnąć jego rękę. 
W drzwiach musnęłam wzrokiem skuloną w rogu Nastkę, zaskoczona, że zupełnie zapomniałam o jej obecności. Ale skoro najwyraźniej Marcela nie krępowała, mnie też nie powinna była. 
Zastanawiałam się, czy naprawdę spała, czy tylko udawała. 
____________

Kolejny rozdział zatem, dla uczczenia rozpoczynającego się (przynajmniej na UW) semestru letniego. 
Jesli ktoś nie czytał, to post wcześniej jest drabble, wrzucone dość spontanicznie. 

5 komentarzy:

  1. Pierwsza! :)
    Fajnie, fajnie... ;)
    Ciekawie się robi. Coraz bardziej chcę wiedzieć co z Basią. -.-
    Szczerze to mam nadzieję, że Rita i Marcel nie będą razem ><
    Chęci i czasu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Beaty i innych porwanych jeszcze trochę zostało, cierpliwości. ;)
      Czemu nie? Nie mam w planach wątku romantycznego w tej chwili, ale jestem ciekawa twojej opinii. :)

      Usuń
    2. Jakoś nie przepadam za miłością w innych gatunkach literatury niż romansach. Poza tym raczej nie widzę Rity i Marcela razem :/ Ale jak zrobisz ta będzie :) Świetnie piszesz, więc chętnie przeczytam to co napiszesz ;3

      Usuń
    3. Jak to nie, jak to nie? xD
      Ja tutaj widzę parring już od pierwszego rozdziału. Destrukcjo, nie możesz mnie zawieść! :D

      Usuń